Category Archives: Ciekawostki

ZAJĄCZEK HRABIEGO…

Jadąc z Przasnysza do Ciechanowa w miejscowości Golany, dosłownie na łuku drogi napotykamy głaz przydrożny, z wyrytym „Zajączkiem”. Znajduje się na nim, już prawie niewidoczny, nadgryziony zębem czasu wiersz:

 

Przechodnie dobrodziejstwa poznacie w szarwarku

Lat trzy temu myśliwy wracając z jarmarku

W trzy konie z lekką bryczką

Gdy ulgnął w tym chrapie

I siadłszy na kamieniu gdzie to słowa ryto

Ulęgniętego zajączka w nim łapie

Czekał, ażeby przez litość z iłu go dobyto

Wtem światło myśl podało

Którą wsparli chętni

I gdzie dawniej wóz tonął

Dziś zwycięsko tętni.

 

B.H.K.

1835

foto: Agnieszka Magalska-Banach

 

Wiersz ten, którego autor ukrył się pod tajemniczymi literami B.H.K. (czyli Bruno hrabia Kiciński), opowiada o powstaniu drogi. A kim był, ów hrabia, zapytacie?

Bruno Kiciński herbu Rogala był jednym z najwybitniejszych dziennikarzy i literatów w XIX wieku, był też poetą, publicystą, tłumaczem i wydawcą. Brał udział w powstaniu listopadowym, a pisane przez niego pieśni patriotyczne były śpiewane przez powstańców, jako pierwszy też, przetłumaczył na język polski Marsyliankę. Po upadku powstania listopadowego mieszkając w swoim dworze w Ojrzeniu zarządzał dużym majątkiem, pielęgnował rozległy park wokół swego dworu, oraz prowadził działalność społeczno-gospodarczą. W celu realizacji zaplanowanych działań, sprowadził z terenu Prus Królewskich do swego majątku osadników niemieckich wyznania ewangelicko-augsburskiego (ok. 200 rodzin). Owi osadnicy – menonici założyli wieś Kicin, (nazwana została tak od nazwiska jej właściciela), gdzie pobudowali pierwszą w Polsce kaplicę baptystyczną. Jak również inne wsie m.in. Lipowiec, Grabówiec, Trzpioty, gdzie zagospodarowali nieurodzajne tereny doprowadzając je do użyteczności.

A wracając do wspomnianego kamienia podobno było tak, że pewnego razu hrabia Bruno Kiciński jechał z Przasnysza do domu. Niestety droga była fatalna, do tego stopnia rozmiękła po deszczu, że pojazd zaprzęgnięty w trzy konie, ugrzązł w bagnie koło Golan. Mimo wielu prób niestety, hrabia nie zdołał wyciągnąć bryczki z topieli. W pewnym momencie, sytuacja stała się bardzo niebezpieczna, bo do pojazdu zaczęło się wlewać błoto a konie wciąż nie mogły ruszyć z miejsca. Zaniepokojony tą sytuacją hrabia, szukając ratunku rozglądał się wokół. Wtem zobaczył zachlapanego błotem zajączka, a że żal mu się zrobiło zwierzątka, wyskoczył z bryczki i poszedł zwierzakowi z pomocą. Ubabrał się w błocie, ale szczęśliwie dotarł do szaraka i wyciągnął go z topieli. Wówczas zajączek radośnie kicnął parę razy i niespodziewanie usiadł na pobliskim głazie, gdzie otrzepał kożuch z brudu. Jakby w podzięce za okazaną pomoc zabębnił przednimi skokami w głaz, potem machnął na konie jakby rozkazał im ruszyć z miejsca. O dziwo, rumaki ruszyły! Jakby za sprawą czarodziejskiej siły wyciągnęły powóz z matni. Hrabia długo rozmyślał, o tym niecodziennym zdarzeniu, a że był człowiekiem czynu postanowił wybudować bity trakt między Płońskiem a Przasnyszem przez Ciechanów. A w miejscu gdzie kiedyś ugrzązł, kazał wyryć napis na kamieniu, na którym siedział zajączek.

Zbudowana przez niego droga przetrwała do dziś, a przedsięwzięcie to, dopisać można do listy osiągnięć hrabiego Bruna Kicińskiego na rzecz naszego regionu. Szkoda tylko, że o „kamieniu-zajączku” ludzie zapomnieli…

 

opracowała:

adiunkt Agnieszka Magalska-Banach

WSPOMNIENIE O ALEKSANDRZE Z SĘDZIMIRÓW BĄKOWSKIEJ

Przypadająca w maju rocznica śmieci Aleksandry Bąkowskiej (1851-1926) jest doskonałą okazją do przypomnienia tej niezwykle zasłużonej dla kultury i oświaty rolniczej Ziemi Ciechanowskiej postaci. Zasłynęła przede wszystkim jako tłumaczka dzieł obcojęzycznych oraz założycielka w swoich dobrach w Gołotczyźnie pierwszej na północnym Mazowszu Szkoły Rolniczej dla dziewcząt, którą też własnym kosztem prowadziła.

Bąkowska pochodziła z zacnego rodu Sędzimirów, herbu Ostoja, szlachty posiadającej znaczne dobra ziemskie na północnym Mazowszu, m.in. Koźniewo. Matka jej, Karolina z Dembińskich, po śmierci pierwszego męża, przejęła po nim majątek Ślubowo. Aleksandra pochodziła z jej drugiego małżeństwa, z Aleksandrem Sędzimirem. Miała trzech braci: Władysława, Stanisława i Bronisława, z których ten ostatni po śmierci ojca odziedziczył dobra Ślubowo. Wnuczka Bronisława Sędzimira, ś.p. Teresa Zawadzka, której matka była chrzestną córką A. Bąkowskiej, przekazała naszemu Muzeum ocalone od wojennej zawieruchy pamiątki po Aleksandrze, tj. paszport, listy, rękopisy, fotografie. Przybliżają one postać pozytywistki i ludzi, z którymi współpracowała w różnych okresach życia. Wśród korespondencji są listy od – Aleksandra Świętochowskiego, dr Franciszka Rajkowskiego, ludowej działaczki oświatowej, założycielki m.in. szkoły rolniczej w pobliskim Sokołówku – Jadwigi Dziubińskiej, Tomasza Nocznickiego i wielu innych. Rękopisy stanowią m.in. zapiski literackie „Posła Prawdy” i A. Bąkowskiej. W rodzinnym Ślubowie Aleksandra została wychowana w atmosferze patriotyzmu. Jej stryj, Julian Sędzimir był przedstawicielem Rządu Narodowego w czasie powstania styczniowego i działał w pow. pułtuskim. Ślubowo leżało na trasie przemarszów oddziałów. Tu zmarł jeden ze „złotych ułanów”, wachmistrz Julian Waśniewski, a kilkunastu z nich zostało zabitych pod pobliskim Czarnostowem. Aleksandra otrzymała staranne wykształcenie domowe. W prywatnej Pensji Sakramentek w Warszawie kontynuowała rozpoczętą w dzieciństwie naukę języków obcych – francuskiego i angielskiego, opanowując je w stopniu umożliwiającym w przyszłości tłumaczyć obcojęzyczne dzieła naukowe. Po nieudanym małżeństwie z Kazimierzem Bąkowskim, właścicielem dóbr  Ożarów w pow. wieluńskim, źle odnoszącym się do robotników folwarcznych i prowadzącym próżniaczy tryb życia, wybrała samotną drogę życia. Za namową ciechanowskiego lekarza Franciszka Rajkowskiego, nabyła w 1881 r. zadłużony i zniszczony majątek Gołotczyzna pod Ciechanowem, obejmujący ok. 280 ha gruntów. W posagu otrzymała ponadto pobliskie Gotardy. W 1883 r., za pośrednictwem dr. F. Rajkowskiego, poznała Aleksandra Świętochowskiego, redaktora „Prawdy”. To zapoczątkowało ich redaktorską współpracę i trwającą ponad czterdzieści lat przyjaźń. Pracowała jako tłumaczka w redakcji. Tłumaczyła dzieła m.in. Tylora, Darwina, Morgana, Spencera, z których niektóre fragmentami były publikowane na łamach „Prawdy”. Z tego okresu zachował się list, który otrzymała od Edwarda B. Tylora, w dowód uznania za tłumaczenie jego dzieła Antropologia i przesłanie mu egzemplarza w przekładzie na język polski. List ten i zdjęcia, którymi wymienili się podczas korespondencji znajdują się w zbiorach archiwalnych naszego Muzeum. Kontakty ze Świętochowskim i redakcją „Prawdy” zbliżyły Bąkowską do ludzi zaangażowanych w rozwój wsi, a głównie w szerzenie oświaty wśród społeczności wiejskiej. Związała się z działaczami ludowymi skupionymi wokół „Zarania”, na czele z Maksymilianem Malinowskim, Jadwigą Dziubińską, Ludwikiem Krzywickim i innymi. Zafascynowana powstałymi dwoma szkołami rolniczymi w Królestwie – Pszczelinie (w 1900 r. dla chłopców) i Kruszynku k/Włocławka (w 1905 r. dla dziewcząt), których zasady funkcjonowania poznała osobiście, otworzyła w 1909 r., w swoim dworku w Gołotczyźnie, szkołę rolniczą dla dziewcząt. Była ona pierwszą tego typu placówką na północnym Mazowszu, a drugą w Królestwie (po Kruszynku). Przy jej uruchomieniu Bąkowska spotkała się z wieloma trudnościami. Przygotowana mianowicie do oddania szkoła w 1907 r., z nieznanych przyczyn uległa spaleniu. Ona jednak nie zniechęciła się. Sprzedała las, rozparcelowała część majątku, zaciągnęła pożyczkę w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim w Łomży. W ciągu roku wybudowała nowy dwór i własnym kosztem go wyposażyła. Szkoła miała zaplecze 12 ha ziemi ornej, 1,5 ha ogrodu i ok. 5,5 ha obejmowały zabudowania gospodarskie i park. O otwarciu szkoły informował „Głos Płocki”: We wsi Gołotczyźnie, pow. ciechanowskim w dniu 1 lutego 1909 r. zostanie otwartą dla córek włościan-rolników szkoła gospodarstwa wiejskiego, koszykarstwa i szycia itd. Opłata 5 rb. miesięcznie. Zapisy przyjmuje p. Bąkowska w Gołotczyźnie przez Gąsocin st. kolejowej Nadwiślańskiej od 1 listopada t.r. Kandydatki muszą mieć najmniej 14 lat, umieć czytać i pisać. Miejsc w szkole 25.  Kurs trwał 11 miesięcy. Nauka była bezpłatna. Opłata dotyczyła tylko wyżywienia i utrzymania. Dziewczęta pochodziły nierzadko z odległych stron Polski. Oprócz nauki, połączonej z praktyką przygotowującą do prowadzenia gospodarstwa, uczyły się języka ojczystego, historii, rachunków, etyki i higieny. Bąkowska starała się rozbudzić w nich potrzebę czytania, które umożliwiłoby im dalsze samokształcenie. Po trzech latach od jej uruchomienia ukazała się broszura „Ferma Gołocka”. Dla praktycznego wykształcenia dziewcząt włościańskich w gospodarstwie wiejskiem (w zbiorach archiwalnych naszego Muzeum), będąca reklamą szkoły, informująca o funkcjonowaniu, prowadzonych zajęciach, opatrzona wieloma zdjęciami życia szkolnego uczennic. Zachęcała do wstąpienia: Rozwój drobnych gospodarstw, a co za tem idzie dobrobyt i uspołecznienie wsi polskiej zapanują u nas wtedy, gdy obok światłego mężczyzny stanie do współpracy światła kobieta. …Wszystkie działy gospodarcze praktykantki prowadzą samodzielnie pod kierunkiem odpowiednio uzdolnionych instruktorek. Same również prowadzą rachunki tak w gospodarstwie podwórzowem, jak domowem i spiżarni. Dla rozbudzenia poczucia piękna, drzemiącego w duszy każdego człowieka i dla urozmaicenia pracy szlachetnemi rozrywkami praktykantki w wolnych chwilach gimnastykują się, śpiewają, układają żywe obrazy itd. Na wiosnę i w lecie urządzane są krótkie wycieczki w celach naukowych do pobliskich dobrych gospodarstw, ogrodów wzorowo prowadzonych, spółkowych maślarni, cukrowni, fabryk, stacji doświadczalnych itp. …Dnia 15-go października Ferma gołocka urządza pokaz prac całorocznych swych praktykantek, na które może przyjechać każdy interesujący się tą uczelnią…. Bąkowska przyczyniła się również do powstania szkoły rolniczej dla chłopców „Bratne”, uruchomionej w 1913 r., przeznaczając na ten cel część swoich gruntów (70 morgów), której inicjatorem był oczywiście Aleksander Świętochowski i odegrał tu decydującą rolę. Zmarła 9 maja 1926 r. Została pochowana na pobliskim cmentarzu w Klukowie. Szkoła, którą założyła przetrwała do 1939 r., natomiast wspólne dzieło z A. Świętochowskim „Bratne”, w zmienionej formie, ale funkcjonuje do dzisiaj. Przygotowana w 90. rocznicę powstania szkoły (1999 r.) stała ekspozycja, prezentująca życie i działalność Aleksandry Bąkowskiej, której autorką jest dr Bogumiła Umińska, została usytuowana w czterech pomieszczeniach i hallu na piętrze dworku w Gołotczyźnie, przedstawiających kolejno: jej genealogię i młodość („salon ślubowski”), współpracę z pozytywistami warszawskimi na czele z Aleksandrem Świętochowskim („gabinet redakcji „Prawdy”), współpracę z ruchem zaraniarskim i zaangażowanie w działalność charytatywną podczas rewolucji 1905 r. (nawiązanie do jej zamieszkania w Warszawie) i stały pobyt w Gołotczyźnie („szafirowy salonik”), kiedy to zajmowała się głównie założoną przez siebie szkołą rolniczą dla dziewcząt. Elementy z historii tejże szkoły prezentują plansze z kserokopiami fotografii i tekstami, umieszczone w hallu. Są tu też ilustracje, dotyczące jubileuszowych uroczystości Jej poświęconych. Po kwarantannie serdecznie zapraszamy do jej zwiedzania.

 

 

 

Opracowała: Urszula Adamiak

Czy Aleksander Świętochowski lubił pisać listy?

Dwudziestego piątego kwietnia 2020 roku przypadała 82. rocznica śmierci Aleksandra Świętochowskiego, czołowego pozytywisty, związanego z Gołotczyzną. Ten polski pisarz, publicysta, filozof i historyk, aforysta, krytyk, publicysta polityczny, działacz społeczny urodził się 18 stycznia 1849 w Stoczku Łukowskim, a zmarł 25 kwietnia 1938 w Gołotczyźnie. Pisał pod pseudonimami: Władysław Okoński, Poseł Prawdy, O. Remus, Oremus, Liber, Gezyasz, Nauczyciel.

Prowadził także działalność społeczno-oświatową. Za największe dzieło swojego życia w tej dziedzinie uważał powstanie jeszcze pod rozbiorami szkół rolniczych w Gołotczyźnie – szkoły gospodarstwa domowego dla dziewcząt wiejskich (1909 r.) założonej przez właścicielkę wsi Aleksandrę Bąkowską i 3 lata później szkoły rolniczej dla chłopców o nazwie Bratne. Należał do czołowych ideologów i przywódców pozytywizmu warszawskiego. Od 1984 r. jest patronem założonej przez siebie szkoły w Gołotczyźnie – aktualnie Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego.W latach (1906–1913) założył i był prezesem Towarzystwa Kultury Polskiej. Był gorącym rzecznikiem postępu, oświaty, kultury, walczył o równe prawa dla kobiet, Żydów, zwalczał konserwatyzm, wstecznictwo i klerykalizm. Od 1912 roku, aż do śmierci mieszkał w Gołotczyźnie, gdzie związał się wspólną ideą i głębszym uczuciem osobistym z Aleksandrą Bąkowską (z żoną od wielu lat był w faktycznej i całkowitej separacji). W 1921 r. nawiązał relację z zaledwie 20-letnią wówczas, więc młodszą o ponad 50 lat, Marią Żydowo, z którą ożenił się w 1932 r., zaraz po śmierci żony. Zmarł 25 kwietnia 1938 roku w Gołotczyźnie. Pochowany jest na cmentarzu w Sońsku. Wdowa, Maria Świętochowska (później Grossman) prowadziła do 1959 r. muzeum poświęcone pisarzowi. Zmarła 14 stycznia 2004 roku w wieku 101 lat.

Czy Aleksander Świętochowski lubił pisać listy?

Rozmowa z Jarosławem Wałaszykiem – kierownikiem Muzeum Pozytywizmu w Gołotczyźnie O/Muzeum Szlachty Mazowieckich w Ciechanowie.

Panie kustoszu, jak to było w listami Aleksandra Świętochowskiego, lubił je pisać?

Świętochowski był człowiekiem pióra. To właśnie w Muzeum w Gołotczyźnie znajdują się jego listy i są to unikaty. Jest wiele takich listów, które nigdy nie były publikowane w całości, a dotychczas udostępniano je we fragmentach. Sporo korespondencji otrzymaliśmy od Jego żony Marii Świętochowskiej, w ramach darów, ale i w drodze zakupu. Cześć otrzymaliśmy od rodziny Aleksandry Bąkowskiej – Jego muzy i przyjaciółki.

Kiedy te listy dotarły do Muzeum?

Spora paczka korespondencji Świętochowskiego i Bąkowskiej weszła do naszego Muzeum w latach 90-tych. Teraz postanowiliśmy zrobić z tego zwarte wydawnictwo i te listy wydać. Świętochowski miał trudny charakter pisma, więc sporo czasu zajęło nam odcyfrowanie nazwisk, wydarzeń. W niektórych momentach pisał bardzo niewyraźnie. Razem z Barbarą Olszak siedzieliśmy długo nad odczytaniem korespondencji. Udało się i powstała unikatowa publikacja, która już jest dostępna w Muzeum.

O czym pisał Aleksander Świętochowski?

Pisał o różnych sprawach, ale trzeba stwierdzić, że w przeważającej części, jest to osobista korespondencja. Najstarszy list pochodzi z 1884 roku, a ostatni z 1934 roku. Największy zbiór rękopisów, to korespondencja z A. Bąkowską. Ich przyjaźń trwała przez długie lata, a niektórzy mówili nawet o ich miłości. I pisał do niej o wszystkim. Począwszy od tego, że go wszystko boli, aż po ceny towarów w sklepach. Kiedy skończył 70 lat wspominał, że już czas się żegnać i umierać. Ale kiedy poznał młodziutką Marię Żydowo, bardzo się zmienił. O śmierci pisał coraz mniej. Część listów kierowana jest właśnie do niej. Młoda żona spowodowała, że podźwignął się w tym przemijaniu i starości. Nazywał ją Marysią, Maryjką, ale uznał, że nie będzie tak się do niej zwracał, bo Maryjka kojarzy się z ryjkiem. Więc była Dzieweczka, Dziewunia, Dziebunia, a potem …moje najukochańsze Słońce. Bardzo kochał swoją żonę. Zdawał sobie jednak sprawę, że czasu nie zatrzyma.

Listy są tym bardziej cenne, że teraz piszemy ich coraz mniej

Zdecydowanie tak. Wtedy w listach pisano o wszystkim. Sporo czasu poświęcał sprawie budowy szkoły Bratne w Gołotczyźnie. Wręcz się kłócił w tej kwestii z Bąkowską i w korespondencji widoczne są animozje między nimi. Są listy króciutkie i bardzo obszerne, głownie z lat 20-tych. Pisze o ogromnej hiperinflacji, o tym co go dręczy, o jego wyżywieniu, prosi Bąkowską o przesłanie jedzenia. Zaś Aleksandra prosiła go o porady, o ocenę różnych sytuacji. Dawał więc jej informacje, wskazania.

Jakiego człowieka poznajemy poprzez listy?

Książka przedstawia Świętochowskiego nie jako potężnego bojownika, posagową postać, ale człowieka normalnego, który martwi się, że nie stać go na dobre jedzenie, że nie może kupić masła, że Marysia jest blada i chuda, że przyszła wiosna, a inspekty nie są jeszcze obsadzone. Człowieka prostego, mówiącego o sprawach przyziemnych.

Czy w listach pisał tylko o sprawach codziennych?

Wśród listów trafiają się perełki, w których przekazuje myśli filozoficzne, kierowane zwłaszcza do Marii, odnosi się też do polityki. Był obserwatorem tego, co dzieje się w Polsce. Komentował działalność rządu, oceniał pewne jego postaci. To są jedne z ciekawszych jego przemyśleń. W latach 20-tych, w liście do Bąkowskiej podkreślał, że nie zaprzestał działalności naukowej, co mu zarzuciła. Wtedy już był związany z Marią. Poznajemy też pewne postacie, np. osławioną Pakułową, która była osobą opiekującą się domem w Warszawie i w Gołotczyźnie. Pojawia się też tajemnicza Anna, Anusia, pomoc domowa, która była trochę zazdrosna o pisarza i sprzeciwiała się kontaktom z Marią. Z listów dowiadujemy się, że chciał zadbać o przyszłość szkół i o swoją żonę. Miał problemy z płucami, z sercem, z wątrobą. Lekarze zalecali mu picie wody vichy. Pisze, że jednego dnia syfon z tym trunkiem, kosztował 300 marek, a pod koniec tygodnia już tysiąc. Bardzo go to martwiło. Nie lubił zaciągać długów, wolał więc jadać skromniej. Wyraźnie dostrzegał zmiany w gospodarce.

Czy sytuacja w gospodarce wpływała na jego działalność?

Tak. Przez inflację nie mógł wydać swojego wielkiego dzieła „Historii Chłopów Polskich”. Księgarze, wydawcy nie mieli pieniędzy na druk książki. Musiał więc zaczekać z jej wydaniem. Kiedy nastąpiła zamiana marki polskiej na złotówkę dopiero mógł wydrukować swoje epokowe wydawnictwo. Widać też, że zmiany następowały w jego myśleniu. Zawsze był obrońcą prawdy i to się nie zmieniło. Los jednak spowodował zmianę jego niektórych poglądów. W życiu osobistym jednego był pewien, tego, że Marysia jest najcudowniejszą osobą na świecie, i tak już zostało. Starał się zabezpieczyć ją na przyszłość.

Jak rodzina Marii odnosiła się do pisarza?

Pisał listy do Lucyny Drogoszewskiej – siostry Marii Żydowo. Ta, razem z matką bywały u niego w Gołotczyźnie. Matka zaakceptowała ten nieformalny związek, który później został zamieniony na małżeństwo.

Czy A. Świętochowski pisał o Władysławie Sikorskim?

Wspominał o nim jako uczestniku rządu. Choć rodziny były zaprzyjaźnione, w listach nie ma odnośników do osobistych kontaktów tych dwóch panów i o innych sprawach nie pisał. Władysław Sikorski był na pogrzebie twórcy.

Czy z Aleksandrą Bąkowską zawsze miał dobry kontakt?

Listy, które pisał pod koniec życia do Bąkowskiej są przykre. Aleksandra złamała nogę i nie zgadzała się na żadne leczenie czy na operację. Pisze więc do niej, że takie schorzenie można wyleczyć i podaje przykład ambasadora Francji. Ostrzega ją też, że leżenie w łóżku skończy się kalectwem. Zaleca obcięcie splątanych włosów, jednym słowem kołtuna, co niestety wskazuje, że A. Bąkowska pod koniec życia bardzo się zaniedbała. Wyrażał swoje niezadowolenie, że dopuszcza do siebie zielarki, znachorki, a nie lekarzy. Jej śmierć była dla niego szokiem. Była przecież jego muzą, to dzięki niej znalazł się w Gołotczyźnie. Tu zmarł, tu został pochowany.

W którym momencie kończą się listy?

Listy kończą się 1934 roku, kiedy Maria przestała wyjeżdżać z domu (była bardzo aktywną harcerką), później chorowała. Z pisania listów Świętochowski przeszedł do pamiętnika, gdzie zawierał rozważania i nazwał go „Mojej Dziebuni…..Dziennik bezładnych myśli”. To jest ostatni pamiętnik, który po nim został. Inne spłonęły w Warszawie w czasie wojny. Pisał prawie do swojej śmierci, w kwietniu 1938 roku, nawet kiedy już mieszkał w „Almie”, nowym domu w Gołotczyźnie. Jego zdrowie znacznie się pogorszyło, odezwały się płuca. Umierał trzymany za rękę przez swoją żonę.

Gdzie możemy nabyć książkę „Listy Aleksandra Świętochowskiego”?

Oczywiście w Muzeum Szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie i w pozostałych oddziałach tej placówki. Polecam tę lekturę. Szczególnie tym Państwu, którzy lubią czytać wspomnienia z życia wzięte. Pojawia się mnóstwo nazwisk ze świata polityki, literatury, architektury. To doskonała lekcja historii, bo Aleksander pisał świetnie. Polecam bo warto.

 

 

 Barbara Tokarska-Wójciak

ŚWIĘTO FLAGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

Flaga Polski była i  jest z nami w najważniejszych chwilach, zarówno tych historycznych jak i współczesnych. Jest w momentach dumy, radości i smutku.To nasz narodowy symbol, za który umierali nasi pradziadkowie, walcząc o wolną Polskę.

Dzień 2 maja jest obchodzony w Polsce jako Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej, a także jako święto Polonii i Polaków za Granicą. Święto Flagi zostało ustanowione 16 lat temu przez Sejm RP, na mocy ustawy z dnia 20 lutego 2004 r. Warto pamiętać, iż stosowne regulacje dotyczące symboli Rzeczypospolitej Polskiej (czyli godła, barw i hymnu, a także pieczęci państwowych) zawiera artykuł 1 wspomnianej ustawy z 2004 r.  Historycznie polskie barwy narodowe wywodzą się z barw herbu Królestwa Polskiego i herbu Wielkiego Księstwa Litewskiego. W symbolice polskiej flagi biel pochodzi od bieli orła, będącego godłem Polski i bieli Pogoni – rycerza galopującego na koniu – godła Litwy. Oba godła znajdują się na czerwonych tłach tarcz herbowych. Na naszej fladze biel znalazła się u góry, ponieważ w polskiej heraldyce ważniejszy jest kolor godła niż tła. Mimo że barwy naszej flagi wynikają z kolorystyki herbu, nie brak legend na temat ich pochodzenia. Jedna z najpopularniejszych opowiada o Lechu, Czechu i Rusie. Lech legendarny założyciel naszego narodu, miał zobaczyć pięknego białego orła, na tle czerwonego zachodzącego słońca. Z powodu jego zachwytu orzeł wylądował w naszym godle, a heraldycy dodają, że biel symbolizuje niepokalanie i uczciwość, zaś czerwień  odwagę i waleczność. W 1919 r. kolory biały i czerwony zostały  oficjalnie uznane za polskie barwy narodowe. Ustalono wtedy, że długości boków w fladze powinny przedstawiać proporcje 5:8. Wygląd flagi zmieniał się zbiegiem czasu, pierwszy opis flagi z 1921 roku wprowadzał karmazyn, a od 1927 roku, przez pół wieku obowiązywał cynober, czyli czerwo­ny wpadający w pomarańczowy. Obecnie kwestie Polskich barw narodowych reguluje Ustawa z dnia 31 stycznia 1980 r. o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej która brzmi: „Barwami Rzeczypospolitej Polskiej są kolory biały i czerwony, ułożone w dwóch poziomych, równoległych pasach tej samej szerokości, z których górny jest koloru białego, a dolny koloru czerwonego. Przy umieszczaniu barw Rzeczypospolitej Polskiej w układzie pionowym kolor biały umieszcza się po lewej stronie płaszczyzny oglądanej z przodu. Barwy Rzeczypospolitej Polskiej stanowią składniki flagi państwowej Rzeczypospolitej Polskiej. Flagą państwową Rzeczypospolitej Polskiej jest prostokątny płat tkaniny o barwach Rzeczypospolitej Polskiej, umieszczony na maszcie”. Zgodnie z ustawą każdy z nas może wywiesić Biało-Czerwoną kiedy chce, a jeszcze do niedawna wolno było to robić tylko w dni świąteczne. Zabraniała tego ustawa z 1980 roku. Od kiedy Sejm ją znowelizował symbole narodowe można uwidaczniać bez ograniczeń. Oznacza to, że mogą być one użyte zawsze, ale pod warunkiem – że otoczy się je należną czcią i szacunkiem. Wywieszając flagę musimy pamiętać, aby była czysta i wyprasowana oraz dobrze przymocowana. Kodeks Karny zawiera przepisy dotyczące ochrony symboli narodowych. Za publiczne znieważenie, uszkodzenie lub usunięcie jej czy godła grozi grzywna, kara ograniczenia albo pozbawienia wolności. Zużytej flagi np. podartej lub o wypłowiałych kolorach nie można ot tak zniszczyć, lub wyrzucić do kosza. Aby się jej pozbyć należy w pierwszej kolejności oddzielić od siebie barwy- białą i czerwoną i dopiero wtedy zutylizować obie części. Podobnie jest z flagami papierowymi. Flagą nie wolno też przykrywać stołów czy trumien. Można to zrobić wykorzystując szarfę biało-czerwoną, ale nie flagę. To także nie marketingowa dekoracja, więc nie powinna być wykorzystywana do celów komercyjnych.

Symbole narodowe to ogromna wartość dla każdego Patrioty. Polakom to m.in czerwień na fladze przypomina o walce, o przelewie krwi, o tym że miłość do ojczyzny to ogromna wartość godna wszelkich poświęceń. Symbole narodowe są niezwykle ważne, bo czy to nie szacunek dla symboli świadczy o tym jakim  szacunkiem darzymy  Ojczyznę?🇵🇱

 

Wiersz „Flaga „

Powiewa flaga,
gdy wiatr się zerwie.
A na tej fladze
biel jest i czerwień.

Czerwień – to miłość,
biel – serce czyste…
Piękne są nasze
barwy ojczyste.

Polska uśmiechem serdecznym wita,
orzeł w koronie strzeże jej bram,
biało – czerwoną flagą spowita
– serce i duszę zabrała nam!
Serce i duszę zabrała nam!

                                                                                                                       Czesław Janczarski

 

 

opracowała:

Nina Matczak

PORCELANA i JEJ RODZAJE

Bone china  –  ( gdy spotykamy taki napis od spodu naczynia , niema to nic wspólnego z Chinami )to porcelana kostna  –   wyróżniająca się dużą przejrzystością, białością i delikatnością ścianek. Wynaleziona została w Anglii w drugiej połowie XVIII w.Recepturę opracował w 1749 r. Thomas Fryea udoskonalił ją Josiah Spode w 1799 roku. Bone china  ma w swoim składzie najwięcej popiołu kostnego bydlęcego  bo w granicach od 35 % do 50 %, glinki kaolinowej do 35 % uzupełniaczem jest minerał zawierający skaleń. Naczynia wykonane z takiej masy porcelanowej , po wypaleniu mają barwę śnieżnobiałą ale też odcień kości słoniowej lub ciepłego beżu. Wyroby z masy  porcelanowej kostnej były miękkie i kruche, mało odporne na wszelkiego rodzaju wstrząsy. Alchemicy latami pracowali  więc nad proporcjami składników i doborem temperatury wypalania, aby uzyskać jak najdoskonalszy końcowy produkt.  Ze względu na kruchość porcelana miękka była dla wyrobów użytkowych mało przydatna. Natomiast nadawała się doskonale na wyroby luksusowe o charakterze zdobniczym , do wystroju suto zastawionych stołów lub dekoracji wnętrz, na wszelkiego rodzaju:  patery, wazy, wazony, amfory  oraz figurki .  Przy tych przedmiotach wypalanie szkliwa odbywa się w niższych temperaturach, możliwe było więc stosowanie farb podszkliwnych  o szerokiej gamie kolorów i odcieni. Wypalanie zaś porcelany twardej odbywa się w dużo wyższej temperaturze i wykorzystanych jest zaledwie kilka barwników , niektóre  „rozpływają się” pod wpływem temperatury. Powierzchnia naczyń  z porcelany twardej posiada też piękny lustrzany połysk a farby naszkliwne oraz złoto dobrze wtapiają się w nią. Dlatego też często złotymi paskami wykończone są krawędzie zewnętrzne lub w bogatszej wersji np. środek czarki filiżanki.

Porcelana kostna – cienka , delikatna, ulepszana przez wieki staje się atrakcyjna w wyrobach angielskich do dnia dzisiejszego. Opracowane formy, wzornictwo i zdobnictwo sprzed laty powielane w wyrobach: filiżanek, różnych  serwisach śniadaniowych , czy serwisach do kawy lub herbaty, budzą  wciąż zachwyt i chęć posiadania ich nie tylko koneserów sztuki ale też dzisiejszej kobiety czy dziewczyny. Doskonale nadają się na niezapomniany prezent.

        

  

  Z porcelany twardej wyrabia się naczynia użytkowe, które  są odporne na działanie czynników chemicznych, charakteryzują się brakiem nasiąkliwości ponieważ mają twarde szkliwo, są odporne na wysokie temperatury i różne czynniki nawet atmosferyczne . Porcelana twarda sprawdza się w granicach normalnego użytkowania,  wyroby  odznaczają się  też gładkością i twardością szkliwionej powierzchni a tym samym nieznaczną jej ścieralnością, podczas użytkowania.

 

Porcelana twarda najczęściej składa się z 50 % glinki kaolinowej , z 25% kwarcu i 25 % skalenia . W Europie porcelanę twardą wynaleziono w połowie XVIII w.a do pierwszej połowy XVIII w. w powszechnym użyciu była jeszcze cyna, ale już nastaje moda na naczynia farfurowe, których najpierw używano w domach magnackich. Naczynia farfurowe to naczynia z fajansu,miała je każda manufaktura rozpoczynająca swoją działalność. W latach 1770 do 1780 taką manufakturę fajansu założył też Król Stanisław August Poniatowski w Warszawie , powstała wcześniej niż farfurnia w Korcu. Ambicją Króla było mieć manufakturę porcelany na wzór  słynnej manufaktury saksońskiej. Niestety tajniki pożądliwej masy ceramicznej były pilnie strzeżone  i nawet Król musiał zadowolić się fajansem. Królewska Fabryka Farfurowa w Belwederze  szczyciła się natomiast  bardzo wysokim poziomem artystycznym, niepowtarzalnymi ozdobami malatury. Mieściła się w miejscu dzisiejszych ogrodów i pałacu belwederskiego.

 

 

opracowała:

Elżbieta Długołęcka

NIEMY ŚWIADEK HISTORII PÓŁNOCNEGO MAZOWSZA-Uparty Mazur spod Młocka

Dąb Uparty Mazur jest najpotężniejszym drzewem na Mazowszu, a jednocześnie dziś niemal nieznany okolicznym mieszkańcom. Wszyscy za to znają Bartka, bo od dziecka uczymy się o tym świętokrzyskim pomniku przyrody. Pora więc byśmy poznali również naszego mazowieckiego Upartego Mazura.

Nasz lokalny pomnik przyrody rośnie jakieś 20 kilometrów od Ciechanowa, z dala od popularnych szlaków turystycznych, trafić do niego nie łatwo, na szczęście zaprowadzi nas tam nawigacja. Rośnie tuż za wioską Młock na skraju doliny rzeki Łydyni, jest potężnym szypułkowym dębem o zdrowym wyglądzie jak na te swoje 800 lat. Tak, bowiem napisano na zamieszczonej obok drzewa tabliczce, ufundowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Ciechanowskiej i mieszkańców Młocka. A zatem wyobraźcie sobie, że zaczął wzrastać, kiedy ziemią ciechanowską władał książę Konrad Mazowiecki, a na pewno był już sporym drzewem, gdy kniaź Olgierd z litewskim wojskiem w 1337 roku pustoszył ciechanowski gród. Był świadkiem wielu walk podczas kampanii napoleońskiej. Nie ominęły go również wydarzenia Powstania Listopadowego, którego orędownikiem na tych terenach był hrabia Brunon Kiciński. Podczas I wojny światowej znalazł się pod okupacją niemiecką, nieopodal jego korzeni przebiegała linia frontu. Widział wojnę polsko-bolszewicką w 1920 roku i przemarsz wrogich wojsk. W czasie II wojny światowej obserwował działalność konspiracyjną. Patrząc na niego mam wrażenie, że dąb widział już tyle…, że teraz już tylko patrzy z góry na wszystko ze stoickim spokojem.

Dąb ma ponad 10 metrów obwodu, jest wysoki na 28 metrów, ma bardzo rozłożyste konary, aż trudno je objąć okiem obiektywu. Pień ma prosty krępy, jego omszałe konary z daleka przypominają kolczugę, prastarą zbroję. Jego potężna sylwetka sprawia, ze człowiek ma ochotę się do niego przytulić, niestety otoczony jest niewielkim płotem. To takie swoiste przeżycie zbliżyć się do drzewa pamiętającego bitwę pod Grunwaldem i mającego potencjał przeżyć nasze praprawnuki…

Drzewo to, ma bardzo ciekawą nazwę „Uparty Mazur”, nazwano go tak na pamiątkę ludzi tu onegdaj mieszkających. Może nie wszyscy wiecie, że mieszkańcy północnego Mazowsza nazywani byli Mazurami. Mimo, że dziś to określenie dotyczy ludności zamieszkującej krainę jezior, do XIX wieku, używane było wyłącznie w określeniu Mazowszan. Jak stwierdza Oskar Kolberg wyrażenie Mazury było dość prostackie, więc gdy chciano wyrazić się subtelniej lub urzędowo zastępowano je określeniem Mazowszanie. Wyrażenie Mazury ma swoje źródła w XV wieku i dotyczy kolonizowania Prus Książęcych przez osadników z północnego Mazowsza. Ludzie Ci znani byli ze swej stanowczej maniery, byli skorzy do bitek i krzepcy do roboty. Ten trudny charakter mazurów folklor tłumaczy ich pochodzeniem. Ludowa genealogia wykłada, iż mieszkańcy północnego Mazowsza mieli wykluć się z jaja sowy zniesionego przez srokę, wysiadywanego przez woła, wilka i diabła. Stąd ich przywary bywali szpetni jak sowa, szczebiotliwi jak sroka, leniwi jak wół, obżarci jak wilk i źli jak diabeł. Ten sam diabeł jak mówi legenda, chciał się ich pozbyć, sprzedać za byle grosz. Zapakował, więc Mazurów do worka i chodził z nimi po świecie, ale kupców nie było. Ludzie na świecie tylko zaglądali do wora, ale za złamany szeląg kupić nie chcieli. Gdy tak oglądali towar, zdarzało się, że worek się miejscami nadpruł a przez te dziurki po trochu Mazurzy wypadali. Jeden wypadł na Wołyniu, drugi wyskoczył na Podolu, dwaj na Podlasiu kilku na Litwie. Diabeł jednak szkody swej nie spostrzegł, aż pod Ciechanowem. Wówczas się rozgniewał rzucił w złości worem o ziemię. Worek rozdarł się do reszty, a Mazurzy wyskoczyli i uciekli w lasy gdzie się potem na stałe osiedlili.

Tak, więc na pamiątkę trudnego charakteru dawnych mieszkańców naszego regionu, współcześni nazwali ten piękny dąb szypułkowy spod Młocka Upartym Mazurem. Gdy już o nim wiecie, koniecznie go odwiedźcie, teraz wiosną puszcza nowe pąki, ale korzenie ma stare. Nie zobaczyć tego drzewa to grzech, wszak to najpiękniejsze drzewo Mazowsza.

 

opracowała:

adiunkt Agnieszka Magalska-Banach

HISTORIA KOŚCIOŁA FARNEGO W CIECHANOWIE I JEGO MAKIETY

Kościół parafialny pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny istniał, tuż obok znajdującego się na Farskiej Górze kasztelańskiego grodu, już w wieku XIV. Pierwsza wzmianka o parafii pochodzi z roku 1385. Został on wzniesiony tam, gdzie stała domniemana kaplica benedyktyńska w wieku XI. Ufundowali go prawdopodobnie jeszcze w połowie XIII w. książęta mazowieccy. Kościół ten spłonął w 1463 roku, a o jego wyglądzie czy wyposażeniu nie możemy nic powiedzieć.

Obecny kościół pochodzi z przełomu XV i XVI wieku. To budowla późnogotycka, orientowana. W 1476 zbudowano prezbiterium i boczne kaplice, nawę główną ukończono w roku 1525. Jest to kościół trójnawowy, w układzie pseudobazylikowym, nawa główna jest nieco wyższa od naw bocznych, na przedłużeniu których, wzdłuż prezbiterium, znajdują się dwie wysokie kaplice – to pierwszy w Polsce przykład takich kaplic. Północna to kaplica Męki Pańskiej, a południowa św. Anny. Został on wzniesiony z cegły, w niektórych partiach wzmacniany jest zendrówką, czyli specjalną cegłą, ceramiczną stosowaną w celach dekoracyjnych. W dolnych partiach muru znajdują się głazy narzutowe. Pierwotnie świątynia miała płaski drewniany dach i opierała się na jedenastu murowanych filarach, tyle samo było ołtarzy. Poszczególnymi ołtarzami opiekowały się cechy rzemieślnicze. Kościół konsekrował w 1551 roku biskup płocki Andrzej Noskowski. Liczne pochówki w ciechanowskiej farze, czego dowodem są tablice epitafijne, świadczą o tym, że cieszyła się ona uznaniem miejscowej szlachty; odbywały się w niej także sejmiki szlacheckie.

Podczas wojen szwedzkich, w 1657 r. świątynia uległa w dużym stopniu zniszczeniu.
W pocz. XIX w. kościół wymagał gruntownego remontu, dlatego też od 1804 r. zaprzestano w nim odprawiać nabożeństwa, a parafialne życie przeniosło się do kościoła Augustianów, czyli klasztorka. Wkroczenie wojsk napoleońskich w 1807 r. omal nie doprowadziło do zniszczenia kościoła, który zamieniony został najpierw na piekarnię, a potem na magazyn. Świątynia została wyremontowana z funduszy gen. Wincentego Krasińskiego i parafian. Warto wiedzieć, że to właśnie w kościele farnym sakrament bierzmowania przyjął syn generała, późniejszy poeta – Zygmunt Krasiński.

Swego obecnego wyglądu świątynia nabrała podczas remontu z lat 1913-1920. Wówczas to dzięki proboszczowi Remigiuszowi Jankowskiemu, pod kierownictwem architekta Stefana Szyllera, przebudowano wspomnianą już wcześniej kaplicę południową, wzniesiono przy niej okrągłą wieżyczkę schodową i dobudowano zakrystię. Dziełem Szyllera są także sklepienia gwiaździste wewnątrz kościoła zaprojektowane przez niego na początku XX wieku. Polichromię wnętrza wykonał Władysław Drapiewski w roku 1920.

Tyle o samym kościele. Teraz czas na jego makietę. Została ona wykonana z drewna i metalu w skali 1:40. Jej wymiary w centymetrach to 170X90X100. Można ją oglądać na wystawie stałej pod nazwą „Dawne rzemiosło wsi mazowieckiej w miniaturze” prezentowanej w Budynku Ekspozycyjnym Muzeum Szlachty Mazowieckiej przy ulicy Warszawskiej. Makieta kościoła, jak i wszystkie pozostałe eksponaty na tej wystawie, są dziełem Kazimierza Bobińskiego ciechanowskiego rzemieślnika-artysty żyjącego w latach 1931-2015. Witraże do miniatury wykonała jego córka Teresa Czechowska-Dąbrowska.

Kazimierza Bobiński był z zawodu murarzem i stolarzem, który odtworzył dawny świat w formie miniatur. Na wystawie możemy oglądać zabudowę dawnej, mazowieckiej wsi, sprzęty gospodarstwa domowego, narzędzia i maszyny rolnicze, a także pojazdy konne. Wszystko to wykonane zostało z niezwykłą starannością i dbałością o każdy szczegół, w skali ok. 1:10, co ciekawe narzędzia i maszyny doskonale funkcjonują, gdyż wykonane są zgodnie z zasadami dawnej techniki.

O okolicznościach powstania tych małych arcydzieł Kazimierz Bobiński pisał w książce „Tak żyli nasi przodkowie” w następujący sposób: „Gdy w 1996 r. szedłem na operację usunięcia płuca z powodu raka, przyrzekłem Bogu i sobie, że jeśli będę żył, uczynię coś dla potomnych. Po roku leczenia zrodziła się w mojej głowie myśl, aby odtworzyć dawne budynki, dawne narzędzia i przedmioty, którymi posługiwali się nasi dziadowie i ojcowie. Poświęciłem tej pracy 2 lata. Powstała kolekcja stu eksponatów. Przez rok wędrowałem z nimi po domach kultury i muzeach. Wtedy dopadła mnie druga choroba. Doznałem paraliżu dolnych kończyn i musiałem siąść na wózku inwalidzkim”. Kazimierz Bobiński swą kolekcję, która jak widać powstała mimo chorób, przekazał w 2000 roku do Muzeum. Nazywał ją „podziękowaniem Bogu za dar życia”, który został mu przez Boga ofiarowany, aby „mógł pozostawić po sobie ślad dla potomnych”.
A co z makietą kościoła? Po przekazaniu kolekcji Kazimierz Bobiński stwierdził, że – aby zapełnić w swoim „umyśle i sercu wielką pustkę” – wykona kolejne miniatury w tym m.in ciechanowskiej fary. Dlaczego akurat tego kościoła? Oddajmy znów głos Kazimierzowi Bobińskiemu:
„Jestem członkiem parafii farnej, bliska memu sercu jest ta świątynia, która wychowywała w wierze dziesiątki pokoleń, a także moje dzieci i wnuki. Uważam tę świątynię za matkę wszystkich kościołów na północnym Mazowszu, chylę czoło przed tymi, co ją budowali i przed tymi, co kierowali życiem duchowym wewnątrz i na zewnątrz tej świątyni”.
W roku 2007 eksponat fary został przekazany do Muzeum Szlachty Mazowieckiej i stoi w centralnym miejscu wspomnianej już wystawy. Obecnie, ze zrozumiałych względów, nie mogą Państwo odwiedzić Muzeum i tej wystawy obejrzeć, a na niej makiety kościoła farnego, zapewniamy jednak, że warto. Niezwykła to wystawa, tak jak niezwykłą postacią był Kazimierz Bobiński, który nie poddał się i tworzył mimo swego cierpienia. Warto także oczywiście zobaczyć stojący na Farnym Wzgórzu kościół pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i porównać oryginał z makietą.

 

 

opracował: Rafał Sulima

SZLACHECKIE KORZENIE św. Stanisława Kostki

Niespełna 22 kilometry na północ od Ciechanowa jest miejscowość Rostkowo.  Ta malownicza wieś jest siedzibą Sanktuarium św. Stanisława Kostki, do którego z roku na rok przyjeżdża coraz więcej wiernych. Obok kościoła możemy zobaczyć pochyloną lipę, pod którą wedle podań miał zwyczaj modlić się Stanisław oraz głaz z wgłębieniem przypominającym swoim kształtem dziecięcą stópkę. Legenda mówi, że jest to ślad stopy świętego Stanisława. Schodząc niżej za kościołem zobaczymy staw i kapliczkę z wizerunkiem świętego, który gestem ucisza kumkające żaby, zgodnie z miejscową tradycją uciszał je, gdy przeszkadzały mu w gorliwych modlitwach…

Większość z nas choćby ze słyszenia, zna te miejsce w ziemi ciechanowskiej jak również patrona dzieci i młodzieży św. Stanisława. Dlatego nie skupię się na samym Stanisławie, bo jego życiorys był już tysiąckrotnie badany, w swoich rozważaniach chciałabym poszukać jego przodków rdzennego rodu szlachty mazowieckiej, po których zostało wiele ciekawych wspomnień.

A zatem przejdę do genealogii rodu Kostków – szlachty mazowieckiej pieczętującej się herbem Dąbrowa „ w polu błękitnym podkowa biała, polerowana, krzyż na niej złocisty, a drugie takie dwa po krańcach, na hełmie skrzydło sępie, a przez nie strzała z dołu ku górze przelatująca. Herb ten od najdawniejszych czasów znany był na Mazowszu i używany przez wiele rodów. Aż do roku 1427 historia rodów Kostków tonie w mrokach legend. Herbarze podają mało prawdopodobną historię:, kiedy to Jadźwingowie, Litwini i Prusacy około roku 1246 napadli Mazowsze pustosząc je, szlachta mazowiecka zgromadziła się by stawić opór nieprzyjacielowi. Niestety z racji słabych sił, wycofali się z potyczek i skryli w miejscowości Dąbrowa. Wrogowie widząc słabość szlachty mazowieckiej napadli ją. Wtedy to jeden z rycerzy nie mogąc przeboleć hańby, wpadł między nieprzyjaciół i kilkunastu położył trupem. Reszta szlachty zachęcona jego odwagą pobiegła mu z pomocą i razem wroga pobili. Ponoć za tę odwagę Konrad Mazowiecki miał nadać Przybysławowi na lat 30 miasteczko Przasnysz z przyległościami… Tak mówi legenda, sam dokument nadania Przasnysza wydaje się jednak falsyfikatem.

Wiarygodną genealogię rodu Kostków napisał Paweł Kostka – brat świętego, według której rodu Kostków należy się doszukiwać od Domurada, sędziego płockiego. Domurad pojawia się w źródłach w roku 1343 w otoczeniu księcia Siemowita II, przy rozgraniczaniu Mazowsza z państwem Krzyżackim.  Podobno ojciec Domurada dostał od księcia Bolesława II dobra karniewskie i wieś Młodzianowo. Sędzia Domurad miał dwóch synów Piotra i Krystyna. Piotr pozostawił po sobie Stanisława podsędka ciechanowskiego, fundatora kościoła w Karniewie i Boksę, który był marszałkiem książąt mazowieckich. Boksa z Karniewa pozostawił natomiast trzech synów: Jakuba z Młodzianowa, Świętosława, który dał początek linii Smolechowskich i Mikołaja, od którego wywodzą się Mikoszewscy. Świętosław pozostawił po sobie Nadmira z Smolechowa i Nawoja z Rostkowa, od którego rozpoczyna się właściwa historia Kostków.

Nawoja z Rostkowa w źródłach spotykamy w pierwszej połowie XV wieku, jako dziedzica znanego z zamożności, on też 23 listopada 1427 roku został zwolniony przez księcia Janusza Starszego od wszelkich opłat na rzecz duchownych, a jego kmiecie zwolnieni od prac publicznych na rzecz księcia mazowieckiego. Nawój był znany ze swej rycerskości, gdy król Kazimierz Jagiellończyk w latach 1454-1456 prowadził wojnę, Nawój Działdowa przed Krzyżakami bronił. W tym czasie dostał nowe imię „Kostka” od jego naturalnej fizycznej cechy. Wówczas szlachta i włościanie nie nosili nazwisk rodowych nosili przezwiska zwyczajowo nadawane im od sąsiadów zgodne z ich indywidualnymi cechami. Nawoj z Rostkowa otrzymał nazwisko Kostka z powodu „Kostki” wystającej na prawym policzku. I odtąd stało się ono rodowym nazwiskiem na Rostkowie, ponieważ już jego synowie Jan i Jakub pisali się Kostkami. Jakubem zajmować się nie będziemy, bowiem przeprowadził się do Prus, dając początek nowej gałęzi Kostków. Choć może warto wspomnieć ze wnuk Jakuba Jan był mężem Zofii Odrowąż, córki ostatniej księżnej Mazowsza Anny Konradówny. Natomiast Jan pozostał na Mazowszu, jako spadkobierca dóbr Rostkowskich. W dokumentach kościelnych można znaleźć zapis „Jan Kostka stolnik ciechanowski, kaplicę w kościele parafialnym w Przasnyszu fundował”. Sześć lat później ufundował również za zgodą biskupa płockiego kaplicę w Rostkowie. Jan Kostka zostawił pięciu synów, najbardziej znani z działalności politycznej byli Nawój i Andrzej. Nawój studiował na Uniwersytecie Krakowskim i ukończył go z tytułem „doctor decretorum”. Wykształcenie pozwoliło mu zostać sekretarzem królewskim Jana Olbrachta. Nawój pozostawił po sobie troje dzieci, jednym z nich był Jan ojciec św. Stanisława.

I tak doszliśmy do rodziców świętego Stanisława: Jan Kostka, kasztelan zakroczymski, który ożenił się z Małgorzatą Kryską herbu Prawdzic. Nie wiadomo dokładnie gdzie stał ich dom rodzinny, tradycja Rostkowian podaje niewielki pagórek, na którym dziś stoi kościół.  W żywotach Stanisława czytam, że Święty wychował się w „pałacu” w magnackiej siedzibie senatorskiego rodu Kostków. Cóż to był za pałac? Jak na pewno domyślacie się, nie różnił się od innych domów mazowieckiej szlachty XVI wieku. Jak wyglądał wówczas dom szlachty? Był obszerny, drewniany, ogrodzony drewnianym płotem, obsadzony drzewami z dużym zajazdem. Wokół dworku były zabudowania gospodarcze i chałupy chłopskie. Dom szlachecki od chłopskiego różnił się tym, że był większy, miał ganek i był nazywany dworem. Właśnie w takim domu wychował się święty. Matka Stanisława Małgorzata z Kryńskich jak podają źródła „to pani świątobliwa, w mowie skromna, w jedzeniu pomiarkowana”. Natomiast ojciec Jan Kostka odznaczał się wybuchowym charakterem. Nosił w sobie ducha rycerskiego przodków i chciał go przeszczepić w synów. Dlatego gdy dowiedział się o wstąpieniu Stanisława do Jezuitów, zaręczał, w liście do zakonu, że zburzy kolegium w Pułtusku, a Stanisława w więzach sprowadzi do Polski. To, że nie godził się by Stanisław pozostał zakonnikiem, nie znaczy, że nie był religijny. Całe Mazowsze wówczas było religijne…, ale nie była to jednak wiara „uczona” a przyrodzona wyssana z mlekiem matki w dzieciństwie. Ta nieuczona wiara była niewątpliwie szczera, i chociaż nie posiadała głębi, była prawdziwa. Można nawet mówić o prymitywizmie religijnym ludności mazowieckiej, który przejawiał się w antropomorfizacji Boga oraz formalistycznym traktowaniu nakazów religijnych. Dajmy na przykład post, post na Mazowszu był przestrzegany z całą surowością, gdyby ktoś jadł podczas postu jaja lub mięso, narażałby się na niebezpieczeństwo pobicia. Według Mazowszan lepiej było „z głodu umrzeć niż post gwałcić”. Z przestrzegania religijności Mazowsze było znane we wszystkich regionach Polski, również z tego ze religijność ta zawierała dużo zabobonów, bo nie interesowano się teologią, a wiara stanowiła dla nich naturalne oparcie. Nie dziwi, więc fakt, że ojciec nie popierał decyzji syna, wyrzucając mu ze zhańbił szlachectwo. Mimo nawoływań ojca do powrotu, Stanisław został przy swoim zdaniu argumentując, że skoro Bóg dał mu łaskę powołania do życia w czystości, posłuszeństwie i ubóstwie- wierności powołaniu dotrzyma i raczej wolałby okrutną śmierć, niż złamanie ślubu złożonego Bogu.

 

 

opracowała

adiunkt Agnieszka Magalska-Banach 

HISTORIA PORCELANY

Porcelana zwana „białym  złotem” wynaleziona w Chinach .Światowy rozgłos porcelany Chińczycy zawdzięczają weneckiemu kupcowi Marko  Polo. To on pod koniec 1271 roku wraz ze swoim ojcem i stryjem wyrusza w daleką podróż szukać kontaktów handlowych ze światem azjatyckim. Jednym z rezultatów tej kilkuletniej podróży była napisana książka przez samego Marko Polo a oddana czytelnikom w 1298 roku. Przyjęto ją z wielkim zainteresowaniem w całej Europie. Obwieściła Europejczykom istnienie całkiem nowego , nieznanego świata. Autor zamieszcza w niej informację o porcelanie, o jej kunszcie, delikatności i jej tajemniczym sposobie wytwarzania, pisze;   „piękne talerze i misy są tu bardzo tanie ale receptura wyrobu trudna i ściśle strzeżona”. Handel z Chinami był bardzo ograniczony, oficjalne próby nawiązania kontaktów ze światem azjatyckim były nieudane. Dopiero po 200 latach po odkryciu szlaku drogą morską do Indii przez Vaco da Gama – Europa uzyskała możliwości utrzymania stałych kontaktów handlowych z bogatymi krajami Wschodniej Azji – Chinami i Japonią.

Od tej pory nadmorskie państwa Europy rozpoczęły zaciętą walkę o dostęp do nowo odkrytych szlaków handlowych. Hiszpania z zazdrością śledziła portugalskie sukcesy handlowe do tego stopnia., że w 1580 roku zdołała podbić Portugalię i w rezultacie przejęła kontrolę nad handlem ze Wschodnią Azją.

Również Holandia i Anglia nie pozostawały bezczynnie w sposobie szukania kontaktów handlowych z nowo odkrytym światem . Pierwszymi byli Holendrzy w latach 1604 – 1656 sprowadzili z Chin ponad 3 tys. sztuk różnej porcelany. Anglicy zaś swoje inicjatywy handlowe rozwinęli na szerszą skalę w XVIII wieku sprowadzając nie tylko porcelanę ale też jedwab, przyprawy korzenne czy rzadkie gatunki drewna. Kolejnymi państwami byli: w 1678 r. – Francja, w 1728 r. –  Dania, w 1731 r.  – Szwecja, w 1775 r.  – Austria.

Od XVI wieku środowiska europejskie na tyle były już rozwinięte kulturowo, że potrafiły doceniać zalety pięknej porcelany ale bardzo drogiej , zwanej „białym złotem” i stać na nią było tylko najbogatszych przedstawicieli kręgów społeczeństwa.  Porcelana stała się zatem kosztowną i modną częścią zastawy stołowej. Była wielką pasją i pożądaniem ówczesnych elit ! Władcy i arystokraci zaczynają więc myśleć o tworzeniem własnych manufaktur przynoszących zyski ale też osobistą satysfakcję i uznanie. Nieznany surowiec w tych egzotycznych naczyniach i ozdobnych figurkach oraz pilnie strzeżona tajemnica produkcji rozbudzały również ciekawość ówczesnych alchemików. W Europie na wysokim poziomie stały już wyroby z fajansu i majoliki  –  miały swoje manufaktury , zaczęto zatem myśleć o wynalezieniu receptur produkcji porcelany.

Udało się to po kilku latach w Saksonii na dworze Augusta Mocnego alchemikowi Johnowi Friedrichowi Bottger. Wynalazku masy porcelanowej nie zmarnowano, August Mocny w pierwszych latach XVIII w. założył w Miśni (koło Drezna) manufakturę, której wyroby miały zasłynąć na cały świat.

Pomimo pilnie strzeżonych procedur nie udało się upilnować wszystkich pracowników manufaktury i za odpowiednią kwotę odsprzedawano sekrety. I tak wkrótce poza Saksonią zaczęły powstawać manufaktury w Wiedniu, w Sevres pod Paryżem, w Bawarii, Berlinie , Anglii.

A związki łączące Polskę z Saksonią po przez  Augusta Mocnego spowodowały , że do Rzeczypospolitej dostarczano duże ilości saskiej porcelany. W Warszawie pierwszy skład porcelany miśnieńskiej został otwarty już w 1731 roku. Do nabycia były w nim całe serwisy stołowe ; obiadowe, do herbaty i kawy oraz naczynia i figurki ozdobne, pojedyncze. Popularne stały się też serie figurek przedstawiające szlachtę polską w strojach narodowych.

O pierwszej manufakturze polskiej w następnym artykule.

Opracowała  Elżbieta Długołęcka