Category Archives: Ciekawostki

ŚWIĘTO PUŁKOWE 11 PUŁKU UŁANÓW

19 kwietnia, przypada święto pułkowe 11 Pułku Ulanów, warto przypomnieć jak tę uroczystość obchodzono w okresie kiedy pułk stacjonował w Ciechanowie. Na łamach „Wiarusa” nr. 18, 1937 rok.,  tak je zrelacjonował wachmistrz Leon Niemkiewicz:

„ W wigilię święta dnia 18 ubiegłego miesiąca o godzinie 20, na placu alarmowym odbył się uroczysty apel całego pułku, podczas którego dowódca pułku odczytywał przed poszczególnymi szwadronami listę poległych. Na wstępie odczytano nazwiska dwóch byłych dowódców tego pułku ś.p pułkownika Jabłońskiego Antoniego i pułkownika Sokólskiego Bronisława, przy czym zastępca dowódcy pułku odpowiedział „polegli na polu chwały” i zakomenderował: „salwa honorowa w górę !”, po czym wszystkie szwadrony jednocześnie oddały strzał, a szwadron ciężkich karabinów maszynowych trzykrotny trel, następnie pluton trębaczy odegrał marsza żałobnego Chopina. W dalszym ciągu lista poległych oficerów, podoficerów i ułanów była odczytywana przed frontem poszczególnych szwadronów z tym, że wachmistrz – szef szwadronu przy każdym odczytanym nazwisku odpowiadał: „poległ na polu chwały”, a dowódca szwadronu zakomenderował na szwadron (jak poprzednio pułk) „salwa honorowa w górę!”. Podczas apelu tego zostało zgaszone światło elektryczne i specjalnie zainstalowano reflektory, a paliły się cztery symboliczne znicze i pochodnie. Chwila ta aż nadto odzwierciedlała, jakie ciechanowski pułk ułanów poniósł ofiary i jak obficie krwawił się przy wyrąbywaniu granic Rzeczypospolitej. Po apelu dowódca pułku wygłosił okolicznościowe przemówienie, po czym wezwał pułk do jednominutowej ciszy dla uczczenia pamięci Wodza Narodu. Na zakończenie przemówienia wzniósł okrzyk na cześć Pana Prezydenta Rzeczypospolitej i Marszałka Polski – Szefa pułku. Podchwycony okrzyk przez brać żołnierską rozległ się od murów koszar a po mury miasta. Apel bojowy pułku został zakończony defiladą.

Dzień 19 IV rozpoczął się od uroczystej pobudki, po czym orkiestra odegrała „Kiedy ranne wstają zorze”.

O godzinie 10-ej, na tymże placu alarmowym, stanął pułk w szyku konnym, po raporcie przyjętym przez dowódcę pułku i przez dowódcę brygady kawalerii, rozpoczęła się msza święta.

Po nabożeństwie, na placu ćwiczebnym, odbyła się piękna defilada konno w ćwiczebnym kłusie, w szyku rozwiniętym, wszystkich szwadronów pułku i szkoły podoficerskiej.

Kiedy konie zostały zaobrokowane, odbyła się zbiórka pułku ( w szyku pieszym), celem uczestnictwa przy wręczeniu odznaki pułkowej ułanom starszego rocznika i niektórym osobom wojskowym lub cywilnym z tak zwanej starej wiary, przybyłej na święto pułkowe.

Po dekoracji odbył się wspólny obiad żołnierski  na placu koszarowym, w którym brali udział poza dowódca pułku –gospodarzem, 2-ch dowódców brygad, przedstawiciele miejscowych władz, społeczeństwa, ziemiaństwa, duchowieństwa i przedstawiciele samorządu w osobach 12-tu wójtów, z burmistrzem i starosta na czele.

Podczas obiadu wygłoszono kilka przemówień”

 

 

 

opracował: Kustosz Dariusz Krawczyk

 

 

CIECHANOWSKA WAROWNIA W POWIEŚCI „KRZYŻACY” H. SIENKIEWICZA

Henryk Sienkiewicz jest jednym z najbardziej znanych polskich pisarzy. Każdy w życiu chociaż raz zetknął się z jego książkami. Całą „ Trylogię” czy „W pustyni i puszczy” znamy wszyscy. Ale dla rodowitego ciechanowianina jego najważniejszym dziełem są „Krzyżacy”.

A dlaczego? Już tłumaczę.

Akcja Krzyżaków dzieje się na początku  XV w. Na terenach obecnie należących do Polski.  Wcześniej jednak były to teren kilku państw między innymi Polski, Mazowsza, Litwy czy Krzyżaków. My przede wszystkim skupmy się na Mazowszu, a dokładniej jednym z jego ówczesnych miast -Ciechanowie. Owe miasto jest jedną z ważniejszych lokacji w książce. Już na 65 stronie możemy przeczytać o Ciechanowie, wspomina o nim Zbyszko z Bogdańca: „— Tego się nie zaprę. Razem z dworem księżny rad bym do Warszawy albo do Ciechanowa pojechał, a to z przyczyny, by jako najdłużej być z Danuśką. Nijak mi teraz bez niej, bo to nie tylko moja pani, ale i moje miłowanie. Tak ci ją rad widzę, że jak o niej pomyślę, to aż mnie ciągoty biorą. Pójdę ja za nią choćby na kraj świata, ale teraz pierwsze moje prawo to wy. Nie opuściliście mnie, to ja i was nie opuszczę. Jak do Bogdańca, to do Bogdańca!”Zbyszko mówi to w kontekście tęsknoty za Danuśką, która wraz ze swoją panią księżną  Mazowiecką Anną Danutą mogła ówcześnie przebywać w zamku w Ciechanowie.

Z biegiem książki w warowni pojawia się sam książę Janusz I Mazowiecki najlepszy i najdłużej rządzący władca Mazowsza. To on po spaleniu zamku w Ciechanowie odbudowuje go o czym Sienkiewicz nie zapomniał :”Na Mazowszu mniej ludzie mówili o wojnie. Wierzyli i tu, że będzie, ale nie wiedzieli kiedy. W Warszawie spokój był, tym bardziej że dwór bawił w Ciechanowie, który książę Janusz po dawnym napadzie litewskim przebudowywał, a raczej całkiem na nowo wznosił, gdyż z dawnego został tylko zamek. W grodzie warszawskim przyjął Zbyszka Jaśko Socha, starosta zamkowy, syn wojewody Abrahama, który pod Worsklą¹²⁶⁴ poległ. Jaśko znał Zbyszka, gdyż był z księżną w Krakowie, więc też i ugościł go z radością — on zaś, nim do jadła i napoju zasiadł, zaraz począł go wypytywać o Danusię i o to, czy się wraz z innymi dwórkami księżny nie wydała. Lecz Socha nie umiał mu na to odpowiedzieć. Księstwo bawili na zamku ciechanowskim od wczesnej jesieni. W Warszawie została tylko garść łuczników i on dla straży. Słyszał, że były w Ciechanowie różne uciechy i wesela, jak bywa zwyczajnie przed adwentem, ale która by z dwórek za mąż poszła, a która się ostała, o to, jako człek żonaty, nie wypytywał.”

Sienkiewicz również zwraca uwagę na obyczaje rycerskie i prezentuje czytelnikowi obyczaj wjazdu rycerza do warowni:” To wszystko sprawiło, iż młody rycerz pozwolił mu jechać ze sobą do Ciechanowa, z czego Sanderus był rad nie tylko dla wiktu, ale i dlatego, iż zauważył, że w zacnym towarzystwie więcej wzbudza ufności i łacniej znajduje kupców na swój towar. Po jeszcze jednym noclegu w Nasielsku, jadąc ni zbyt wartko, ni zbyt wolno, ujrzeli następnego dnia pod wieczór mury ciechanowskiego zamku. Zbyszko zatrzymał się w gospodzie, aby wdziać na się zbroję i wjechać obyczajem rycerskim do zamku, w hełmie i z kopią w ręku — za czym siadł na olbrzymiego zdobycznego ogiera i uczyniwszy w powietrzu znak krzyża — ruszył przed siebie.”

A co później gdy już rycerz dostał się na zamek? Jakie uciechy mogły go tam spotkać? W czym lubowali się książęta i rycerstwo Mazowsza? Pokazy sokolnicze, turnieje rycerskie, bale oraz występy błaznów. Ale Sienkiewicz przede wszystkim ukazuje polowanie:„Biegli leśnicy poczęli pod wodzą wielkiego łowczego¹³⁴¹ rozstawiać myśliwych długim rzędem na skraju polany, tak aby będąc sami w ukryciu, mieli przed sobą pustą przestrzeń, ułatwiającą strzały z kusz i łuków. Dwa krótsze boki polany obstawione były sieciami, za którymi taili się borowi „nawrotnicy”, których obowiązkiem było nawracać zwierza ku strzelcom lub jeśli, nie dając się spłoszyć, zaplątywał się w sieciach, dobijać go oszczepami. Nieprzeliczone gromady Kurpiów, umiejętnie rozstawione w tak zwaną otokę¹³⁴², miały pędzić wszelkie żywe stworzenie z głębin leśnych na polanę. Za strzelcami znów znajdowała się sieć, rozpięta w tym celu, by zwierz, który zdoła przedrzeć się przez ich szereg, został nią powstrzymany i w jej skrętach dobity. Książę stanął w pośrodku szeregu w lekkim zagłębieniu, które biegło przez całą szerokość polany. […] Sam książę miał w ręku kuszę, tuż pod bokiem pana stał oparty o drzewo ciężki oszczep, a nieco z tyłu trzymali się dwaj „brońcy” z toporami na ramionach, ogromni, do pni leśnych podobni, którzy prócz toporów mieli jeszcze gotowe napięte kusze dla podania księciu¹³⁴⁴ w razie potrzeby.[…] Jakoż po upływie kilku pacierzy na skraju pojawiły się wilki, które jako najczujniejsze Zwierzęta pierwsze usiłowały się wynieść z obierzy¹³⁵². Było ich kilka. Ale wypadłszy na polanę i zawietrzywszy wokół ludzi, dały znów nurka w bór, szukając widocznie innego wyjścia. Potem dziki wynurzywszy się z kniei, poczęły biec długim, czarnym łańcuchem przez zaśnieżoną przestrzeń, podobne z dala do swojskiej trzody chlewnej, która na wołanie gospodarnej niewiasty zdąża, trzęsąc uszyma, ku chacie. Ale łańcuch ów zatrzymywał się, słuchał, wietrzył — zawracał i znów słuchał; wyboczył¹³⁵³ ku sieciom i poczuwszy nawrotników, znów puścił się ku myśliwym, chrapiąc, zbliżając się coraz ostrożniej, ale coraz bardziej, póki wreszcie nie rozległ się szczęk żelaznych zastawników przy kuszach, warkot grotów i póki pierwsza krew nie splamiła białej, śnieżystej podścieli. Wówczas rozległ się okrzyk i stado rozproszyło się, jakby w nie piorun uderzył; jedne poszły na oślep przed siebie, drugie rzuciły się ku sieciom, inne poczęły biegać to w pojedynkę, to po kilka, mieszając się z innym zwierzem, od którego zaroiła się tymczasem polana[…].Stojąc przy księżnie i dwórkach jak żuraw na straży, a nie mogąc się z żadną rozmówić, począł on już był nudzić się, marznąć w swej żelaznej zbroi i mniemać, że łowy chybiły. Aż oto ujrzał przed sobą całe stada lekkonogich sarn, płowych jeleni i łosiów o łbach ciężkich, ukoronowanych, pomieszane z sobą, wichrzące po polanie, oślepione trwogą i szukające na próżno wyjścia. Księżna, w której na ten widok zagrała Kiejstutowa, ojcowska krew, wypuszczała grot za grotem w ową pstrą ciżbę¹³⁵⁴, pokrzykując z radości za każdym razem, gdy ugodzony jeleń lub łoś wspinał się w pędzie do góry, a następnie walił się ciężko i kopał śnieg nogami. Inne dwórki pochylały też często twarze ku kuszom, albowiem wszystkie ogarnął zapał myśliwski.[…] Lecz uwagę pana de Lorche zwrócił ogromny, siwy na karku i łopatkach niedźwiedź, Zwierzęta który niespodzianie wychynął z szuwarów w pobliżu strzelców. Książę strzelił do nie go z kuszy, a następnie wypadł ku niemu z oszczepem i gdy zwierz podniósł się, rycząc okropnie, na zadnie łapy — skłuł go na oczach całego dworu tak sprawnie i szybko, że żaden z dwu „brońców” nie potrzebował użyć topora. Pomyślał tedy młody Lotaryńczyk, że jednak niewielu panów, na dworach których bawił¹³⁵⁵ po drodze, ważyłoby się na taką zabawę i że z takimi książęty i z takim ludem ciężką może Zakon mieć kiedyś przeprawę i ciężkie przeżyć godziny. Lecz w dalszym ciągu zobaczył skłute w ten sam sposób przez innych myśliwych srogie, białokływe odyńce, ogromne, daleko większe i zacieklejsze od tych, na które polowano w lasach Niższej Lotaryngii i w puszczach niemieckich. […] Polana usłała się wreszcie gęsto trupami wszelkiego rodzaju zwierząt, lecz łowom daleko jeszcze było do końca. Owszem, najciekawsza a zarazem najbardziej niebezpieczna ich chwila miała dopiero nadejść, gdyż otoka wparła właśnie na pustać¹³⁵⁷ kilkanaście żubrów i turów.”

Dużo prawdy jest też w tym co pisze Henryk Sienkiewicz o lubieniu polowań przez księcia Janusza I. Pod Ciechanowem w pobliskiej Opinogórze książę Janusz miał dwór myśliwski. To właśnie z niej wraz z całą rodziną porwali go Krzyżacy o czym można przeczytać w Kronikach Jana Długosza: „Konturowie i Krzyżacy pruscy, żadnej nie doznawszy krzywdy ani obrazy, ale samą powodowani dumą i przewrotnością, zdradziecko i po nie przyjacielsku, bez wszelakich przegróżek dających znać o wojnie, ze znaczną siłą zbrojną najechali ziemię mazowiecką, księstwo Jana czyli Janusza księcia mazowieckiego, czerskiego i warszawskiego, i tegoż Janusza wraz z jego żoną, synami, panami i dworzany […] porwali i zabrali w niewolę […] ohydnie powrozami ich powiązawszy, pouprowadzali do swoich miast i zamków, gdzie się najgorzej z nimi obchodzili. Władysław król Polski, spiesznie o tym wypadku zawiadomiony, wysłał natychmiast do mistrza pruskiego Konrada von Jungingen poważne poselstwo, z użaleniem na wyrządzoną sobie i całemu Królestwu Polskiemu zniewagę przez uwięzienie Janusza księcia i jego dworu; i wnet mistrz pruski uwolnił ich z więzów, usprawiedliwiając się królowi, acz chytrze i kłamliwie, że to stało się bez jego wiedzy i zezwolenia.”

Książę Janusz dwa razy został porwany przez Krzyżaków. I chociaż na początku relacje Janusza z Jagiełłą nie były najlepsze to on obydwa razy pomagał wyjść Januszowi z niewoli. Za co Janusz później odwdzięczył się Królowi walcząc z nim pod Grunwaldem. Dla ciekawostki można dodać, że po tej bitwie Janusz staje się władcą zamków w Ostródzie, Nidzicy oraz Olsztynie.Jak starałem się wykazać  Ciechanów występuje dość regularnie w powieści, Henryk Sienkiewicz osadzając tutaj część akcji podkreśla fakt jak ważny był to zamek dla całego Mazowsza. Jak powszechnie wiadomo była to warownia graniczna,  sąsiadująca z Krzyżackimi ziemiami. Na koniec dodam, że ze autor w wielu kwestiach  trzymał się prawdy historycznej. Muszę też zaznaczyć, ze to co wybrałem i opisałem jest to tylko mała część wielu interesujących wątków w książce.   Ale przede wszystkim moim zamiarem było przypomnienie  Państwu o tej wspaniałej powieści i powiązaniach jej treści z naszym miastem. Może teraz, gdy mamy nieco więcej czasu zachęciłem Was jeszcze raz do przeczytania „Krzyżaków” H. Sienkiewicza.

opracował: Mariusz Podgrudny

MIECZE W ZBIORACH MSM

W historii oręża nie ma broni, która  byłaby  otoczona większa legendą niż miecz.  Jego kult utrwalony w wiekach średnich przetrwał w literaturze do dziś.  Kto z nas nie pamięta fragmentu powieści Henryka Sienkiewicza „ Krzyżacy” Mistrz Ulryk- rzekł pierwszy herold – wzywa Twój majestat panie i księcia Witolda na bitwę śmiertelną i aby męstwo wasze, którego wam widać brakuje, podniecić, śle wam te dwa nagie miecze.  Miecz wkroczył też do świata legend i religii, czego doskonałym przykładem jest „Excalibur” należący do króla Artura, „Joyeuse” broń Karola Wielkiego  z mieczem przedstawiany jest Michał Archanioł czy też  św. Jerzy.

Rozkwit miecza  przypada na okres  średniowiecza, wtedy to stał się symbolem stanu rycerskiego, jako broń osobista w bezpośredni sposób związana z właścicielem. Była dostępna jedynie możnym. Mieczom przypisywano magiczną moc.  Na niego przysięgano wierność, bardzo często nadawano imiona („ULFBERHT”, „INgELRID” „SIMERHLIIS”) i noszono go przed władcami na znak sprawiedliwości oraz władzy. Był niezbędnym atrybutem przy ceremoniach koronacji królewskich oraz pasowania na rycerza. Związek rycerza z mieczem nie kończył się nawet po jego śmierci, niejednokrotnie wkładano go do trumny albo wyobrażano go na płycie nagrobnej wtedy to z roli narzędzia przechodził w sacrum.

Przez wiele lat na Zamku Książąt Mazowieckich prowadzone były badania archeologiczne. Efektem wielu sezonów badawczych było znalezienie dwóch mieczy długich zwanych potocznie póltoraręcznymi. W trakcie kwerendy do pisania niniejszego artykułu, natknąłem się w czasopiśmie „Broń i Barwa”, nr 5, rok 1937, na krótki artykuł autorstwa Władysława Dziewanowskiego  opisujący miecz z podobno zagiętym spiralnie jelcem ku górze,  takim właśnie jaki występuje w mieczach, które znajdują się w zbiorach MSM w Ciechanowie .  Również głowice rękojeści są ośmiokątne.  Niestety autor nie podaje informacji, gdzie te obiekty trafiły, wobec czego analiza porównawcza jest niemożliwa ,  a materiał w postaci fotografii  zamieszczonej w artykule jest nie wystarczający do przeprowadzenia badań.  Obiekty znalezione na terenie ciechanowskiego zamku datowane są w przedziale pomiędzy XIV a XV wiekiem.

nr inw Moc/A/20

głownia – stalowa, prosta, obosieczna. Szlifowana dwustronnie w krótką bruzdę. Na głowni widoczny obustronny ornament, przedstawiający wilka. Częściowo jest on inkrustowany żółtym metalem. W tylnej części jednego ze znaków, wyraźnie widoczna jest litera „A” zapisana w wersji gotyckiej. Za wilkami po jednej stronie widoczna jest linia prosta załamująca się dwukrotnie pod kątem, tworząca literę „S”.

trzpień – zwężający się ku głowicy, o prostokątnym przekroju, spłaszczony. Po jednej stronie trzpienia wybita jest punca, wypukła litera „S” znajdująca się w kolistym wklęsłym polu. Nie zachowały się okładziny.

jelec – o przekroju prostokątnym, zwężającym się ku końcom. Wygięty łukowato ku głowni i na końcach wywinięty spiralnie w górę. otwór na przelot trzonu jest prostokątny.

głowica – gruba, wielokątna o silnie ściętych krawędziach. Po obu stronach znajdują się wgłębienia, w których widoczne są zarysy równoramiennych krzyży.

wymiary: długość miecza -1185 mm, długość głowni – 915 mm, szerokość głowni przy jelcu 61 mm, grubość głowni przy jelcu – 5  mm, szerokość trzpienia przy jelcu – 33 mm, wysokość głowicy 43 mm, grubość jelca przy trzpieniu 19 mm, długość jelca – 250 mm, rękojeść – 257 mm, waga – 1756 g.

nr inw Moc/A/518.

głownia – stalowa, prosta, obosieczna. Szlifowana dwustronnie w krótką bruzdę. Na głowni po obu stronach wybite są dwa znaki, mają one kształt litery „K” (?). Jeden znak jest dobrze zachowany i częściowo inkrustowany żółtym metalem. trzpień – w przekroju prostokątny, płaski i zwężającym się ku głowicy. Po obu stronach znajdują się identyczne znaki analogiczne do tych znajdujących się na głowni.

jelec – o przekroju prostokątnym. Łukowato wygięty ku głowni, z końcami zwiniętymi spiralnie ku górze.

głowica – ośmioboczna o silnie ściętych krawędziach. otwór na przelot trzpienia w formie kwadratu.

wymiary: długość miecza – 1265 mm, długość głowni – 987 mm, szerokość głowni przy jelcu – 53 mm, grubość głowni przy jelcu – 5  mm, szerokość trzpienia przy jelcu – 25 mm, wysokość głowicy – 49 mm, grubość jelca przy trzpieniu – 20 mm, długość jelca – 255 mm, rękojeść – 269 mm, waga – 1841 g.

 

opracował

kustosz Dariusz Krawczyk

GOŁOTCZYZNA – miejsce szczególne dla Aleksandra Świętochowskiego

Aleksander Świętochowski wspólnie z Aleksandrą Bąkowską uruchomił w Gołotczyźnie szkoły dla „dzieci włościan”. Stało się to jeszcze w czasach zaborów. Pozytywiści uznali słusznie, że społeczeństwo polskie potrzebuje działań oświatowych, które pozwolą na kształtowanie świadomych politycznie i gospodarczo obywateli. Zdawali sobie sprawę, że przyszłość Polski zależy od mocnych „fundamentów”, w postaci światłych chłopów, przez wieki zacofanych i zaniedbywanych. Proces tworzenia tych placówek oświatowych był trudny, a twórcy poświęcali dla niego swój czas oraz majątek. Zachowało się do współczesności korespondencja, w której Świętochowski informował i niejednokrotnie dyskutował z Bąkowską, co do wyglądy szkół, problemów z ich powstawaniem czy wreszcie celu i misji, jaką mają pełnić. Poniżej kilka fragmentów z listów (całość jest dostępna w formie wydawnictwa „Aleksander Świętochowski. Listy”, opublikowanego przez Muzeum Szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie):

„ … Nie potrzebowałem Pani zapewniać, że futryny i odrzwia można dostać w Warszawie, bo to nie ulega wątpliwości, mogłem tylko zbadać, czy nie będą tu tańsze, ale nie otrzymałem cen miejscowych. W ogóle, co do drzewa, które stanowi wydatek bardzo poważny, pozostawili mnie Państwo bez decyzji. Nie wiem, czy ceny Wilczyńskiego są niskie, nie wiem, czy Łopacin potrzebnego materiału dostarczy, a wczesne i dokładne informacje przydałyby mi się tym bardziej, że nowo obrany członek zarządu Towarzystwa Kultury Polskiej prowadzi duży handel drzewem wołyńskim i przyrzekł mi dostarczyć go po cenie kosztu.

… O tym, że „swojno” jest ludową nazwą teściowej, wiedziałem i wspominałem Pani; nie wydało mi się jednak niewłaściwym użycie wyrazu swojno. Szkoda, że dopiero teraz otrzymuję protest przeciw temu tytułowi, gdy podanie już wysłałem do Petersburga i gdy ono jest nieco osłabione odmową podpisu właścicielki gruntu.  … W tej chwili nie nasuwa mi się jeszcze żadna nazwa, która by mogła liczyć na uznanie. Najlepsza wydaje mi się Piastowo. Jeśli i ta nie dobra, proszę w porę mnie ostrzec.

… Co do mojego przyjazdu, nie ma on innej przeszkody, prócz ostrzeżenia ze strony Pani, z jakim uczuciem byłbym widziany w Gołotczyźnie? Powiedziałem wtedy i ściśle tego dotrzymuję: usunę się na bok, wytężę jednak wszystkie siły, ażeby zebrać potrzebne środki a Pani niech szkołę wybuduje i urządzi. Wierzyłem i wierzę, że Pani to zrobi dobrze, umiejętnie i ekonomicznie. Ponieważ nie jestem wściekłem psem, który biegnie tam, gdzie go się boją i skąd go odpędzają, ażeby kąsać, więc, po co ma go naśladować? Ileż ja bym wzbudził niechęci i podejrzeń, ile popełnił kłamstw i obraz!

… Wszystko to jednak nie będzie mi przeszkadzało i nadal, jak dotąd, wysilać się, ażeby Pani niczym nie urazić i możliwie zadowolić jej życzenia, chociażby to miało dziać się z takim samym, jak dotąd, skutkiem. Dla siebie zachowam tylko tę resztę dumy, której nawet dla Pani wyrzec się nie mogę i bez której człowiek żyć przestaje.

… Co do nazwy proponuję jeszcze: Płuża lub Płuże, gdyż Bratne wydaje mi się zbyt zużyte i wytarte. Jeśli wszakże Pani przy nim ostaje, zachowam.

… Wiele rozmów i narad poświęciliśmy temu przedmiotowi ze St. Michalskim[1], który sam prowadząc wielką szkołę kolejową ma dużo doświadczenia i stosunków. Otóż on zaleca mi, jako szczególnie dobry nabytek pewnego młodego człowieka, który w tym roku kończy wydział rolniczy Uniwersytetu Krakowskiego i marzy o działalności śród ludu. Ma on dopiero wracając od matki, u mnie być, ale porozumiałem się z jego bardzo bliskim przyjacielem, który goreje pragnieniem wprowadzenia go do Bratnego. Jest to dusza gorąca, polska, ideowością przeniknięta, a tego nie zastąpi żaden Czech, choćby miał najlepszy patent. Pani rada, by puścić w ruch Bratne od 1 stycznia, a ja zbytniego pośpiechu się boję. Boję się wytworzenia drugiego egzemplarza takiej parodii szkolnej, jaką jest Sokołówek i wolałbym, ażeby uczniowie przyszli, kiedy wszystko będzie dla pracy i nauki przygotowane, chociażby początkowo przybyli nielicznie. O ile dziś sądzić mogę z tego, co jest i z tego jeszcze być musi, najstosowniejszą porą otwarcia szkoły byłby 1 października przyszłego roku. Wtedy ruszyłaby ona całą parą.”

 

[1] Stanisław Michalski – ur. 21 kwietnia 1865 w Równem na Wołyniu, zm. 30 grudnia 1949 w Krakowie, działacz oświatowy. Aleksander Świętochowski konsultował z nim formy działalności przyszłej szkoły rolniczej dla chłopców w Gołotczyźnie. Michalski miał doświadczenie jako pracownik w firmie Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska, gdzie był odpowiedzialny za działania oświatowe, dodatkowo czynnie pracował w Kolejowym Stowarzyszeniu Oświatowym Jedność.

 

Prezentowane zdjęcia archiwalne pochodzą ze zbiorów Muzeum Pozytywizmu w Gołotczyźnie oddziału Muzeum Szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie.

 

Starszy kustosz Jarosław Wałaszyk

ŚWIĘTA WIELKANOCNE

W naszym muzeum od wielu lat są prowadzone zajęcia z dziećmi, mające na celu przybliżenie im tradycji, zwyczajów i obrzędów wielkanocnych. Cieszą się one dużą popularnością, ponieważ dzieci własnoręcznie wykonują pisanki, koszyczki  czy palmy wielkanocne. Dodatkowo w trakcie pracy, młodzi uczestnicy słuchają opowieści o ciekawostkach związanych z przygotowaniami do świąt, również oglądają prezentacje multimedialne z tym związane. Warto dodać, że ten radosny czas, obfituje w wiele zwyczajów, czy wręcz zabobonów, znanych do współczesności od czasów średniowiecza. Specyfika współczesnej rzeczywistości, ograniczenia z nią związane, zmuszają wszystkich do zawieszenia wielu wielkanocnych zachowań. Ich symbolika, tak znacząca, nigdy nie zostanie zapomniana. Niedziela palmowa, ostatnia przed Wielką, to czas palem niesionych do kościołów, są one bardzo kolorowe, wykonane z różnych materiałów, a kiedyś to były tylko same gałązki wierzbowe. Pisanki, kraszanki, różnie nazywane, w zależności od części Polski, tak dzisiaj popularne, istniały od zawsze w naszych domach. Trudno tak naprawdę powiedzieć, kto zapoczątkował ich tworzenie. Dziś znamy wiele technik zdobienia jajek, ale chętnie wracamy do tych tradycyjnych znanych od lat. Tuż przed świętami w Wielką Sobotę, kolejna tradycyjna rzecz – święconka, jak popularnie nazywany koszyczek z pokarmem, a zawartość jego spożywamy w trakcie śniadania wielkanocnego. Choć zawartość koszyczka różni się w zależności od regionu, to w każdym nie może zabraknąć: jajek, baranka (jako symbolu zmartwychwstałego Chrystusa), soli, chleba, kiełbasy i chrzanu.

Wreszcie chyba najbardziej znany śmigus – dyngus to  obyczaj,  od wieków będący ciągle z nami. Symbolizuje budzenie się przyrody do życia. Ciekawostką jest jedna z przepowiedni, która mówiła, że im panna była bardziej zmoczona tym szybciej wyszła za mąż.  Zwyczajów i obrzędów wielkanocnych, jest znacznie więcej, może w waszych stronach są inne, mniej czy bardziej znane. Przekazujecie je sobie z pokolenia na pokolenie, to wspaniała i niepowtarzalna tradycja.

 

adiunkt Jolanta Ostaszewska

HISTORIA PISANEK – od sumeryjskiej Mezopotamii do współczesności

Pisanka to zwyczajowa nazwa jaja, które jest symbolem życia. W czasach przedchrześcijańskich symbol błyskawicy i słońca. Zwyczaj malowania jaj został zapoczątkowany w sumeryjskiej Mezopotamii a z czasem rozpowszechnił się na całym obszarze śródziemnomorskim. Najstarsze pisanki liczą ponad 5000 lat i pochodzą z terenów Mezopotamii, nieco późniejsze zaś z Egiptu, Persji, Rzymu. Jajko w wielu kulturach wiążę się z mitem o powstaniu świata „ob. Ovo” czyli z jajka. Persowie wierzyli, ze świat powstał z jajka, białko było słońcem, a żółtko księżycem.

O zwyczaju barwienia jaj w czasach Cesarstwa Rzymskiego wspominają Owidiusz, Juwenalis i Pliniusz natomiast  starożytni Chińczycy z początkiem wiosny dawali sobie kolorowo pomalowane jaja, które pokryte były kwiatami wiśni, chryzantem oraz malunkami ptaków.

W starożytnym Egipcie głównym  motywem były skarabeusze z dwoma postaciami ludzkimi. W Kairze na jajkach prezentowano wizerunki sławnych ludzi natomiast w Sudanie zamieszczano cytaty z Koranu. Australijscy Aborygeni rzeźbili jaja strusie, traktując je jako świętość. W  Europie  zwyczaj zdobienia jaj przynieśli prawdopodobnie Persowie.  Na ziemiach polskich najstarsze pisanki zostały znalezione podczas badań archeologicznych na Ostrówku w Opolu i zostały wydatowane na X wiek. Jajko pełniło rolę talizmanu zabezpieczającego przed złem ,stanowiło symbol zdrowia i życia, miłości i płodności .

Według wierzeń ludowych jajko przeciwdziałało złu. W procesie chrystianizacji pisankę włączono do elementów symboliki wielkanocnej. Obecnie pisanki powszechnie wykonuje się przed Wielkanocą. Zdobieniem jaj  zajmowano się w okresie postu lub tylko w Wielkim Tygodniu. Pisanki miały  symbolizować rodzącą się do życia przyrodę, a jednocześnie nadzieję,  wiary w zmartwychwstanie Chrystusa. Tradycja święcenia jaj wytworzyła się  już w średniowieczu, w środowiskach klasztornych, w czasach, gdy surowo przestrzegano postu.  Poświęcenie jaj miało dać błogosławieństwo dla duszy i ciała. Malowaniem jaj zajmowały się kobiety.

We wczesnym średniowieczu na terenie Polski pisanki takie wykonywano z kamienia lub gliny przy czym te ostatnie posiadały często polewę czyli były szkliwione. Zdarzały się też takie, które były puste, a kamyk umieszczony we wnętrzu powodował, iż pełniły również funkcje grzechotki. Jako zabawki dziecięcej bądź jako element zabiegów magicznych w obrzędach kultowych.

opracowała:Izabela Jakubowska

SZLACHTA NIE PRACUJE… czy aby na pewno?

Jakiś czas temu w jednej ze stacji radiowych usłyszałam utwór pewnej grupy muzycznej, który brzmiał mniej więcej tak: „…ja nie pracuję mam wyrąbane, bo szlachta nie pracuje wcale, wcale, wcale…”. Słuchanie tej lekko prześmiewczej, mocno przebojowej piosenki zatytułowanej „Szlachta nie pracuje”, skłoniło mnie to do pewnych refleksji. Już wcześniej niejednokrotnie zauważałam, że tytuł tej piosenki to popularny zwrot na portalach społecznościowych, wpisywany w pozycji praca. Okazuje się, że wśród młodzieży jest to klasyk, który znaczy mniej więcej tyle, że ktoś czuje się jak arystokrata, który odpoczywa i nie zniża się do pracy.

Wiem, taka jest popkultura, kultura masowa, która odpowiada potrzebom przeciętnego odbiorcy, jej wytwory są łatwe w produkcji, powszechne i powielane, mimo, że operują poetyką kiczu. Jednak może należałoby czasem, zanim użyjemy tego sloganu, zastanowić się głębiej czy aby naprawdę jest prawdziwy? Jaka była, zatem ta kultura szlachecka? Warto wiedzieć, bo ten światopogląd to ponad 300 lat kultury polskiej. Może rzeczywiście ta warstwa społeczna posiadała dominującą pozycję w społeczeństwie z racji nadawanych przywilejów jej przez królów, nie znaczy to jednak, że była próżna. Dziś stereotyp szlachty to albo sarmata albo zaścianek, oba słowa mają wydźwięk pejoratywny, kojarzą się albo z „zastaw się a postaw się” lub „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Ja jednak chciałabym sięgnąć do genezy zaścianka, tych żywych ścian, jaką tworzyły rody szlacheckie broniąc granic Mazowsza czy Polski. Kultura szlachecka to przede wszystkim patriotyzm, wiara katolicka, umiłowanie ziemi, wykształcenie, odpowiedzialność za ród i duma z przynależności do swojej społeczności. Szlachcic nazywał sam siebie „panem bratem”, panem, bo był wolny, a bratem, bo zakładał, że szlachta to jedna wielka rodzina.

Wbrew obiegowej opinii, nie znaczy to, że szlachta nie pracowała,… przeciwnie powszechnie zgadzano się z porzekadłem „bez pracy nie ma kołaczy”. Andrzej Frycz Modrzewski pisał: „należałoby może ustanowić jakieś prawo przeciw próżnującym i leniwym i tym, którzy nie myślą o zasługiwaniu się czy to Rzeczypospolitej, czy to ludziom prywatnym. W każdym razie tak to zostało uświęcone słowem Bożym, że każdy powinien pożywać chleb w trudzie i pocie czoła, zaś, kto nie pracuje, niech nie je”. Natomiast Piotr Skarga pisał:, „ …kto gotowy chleb ma, a potem swym go nie nabywa[…] czas wszystek na służbie Bożej i na dobrych uczynkach trawić winien.” Jestem, bardziej niż przekonana, ze w społeczeństwie staropolskim nie wykształciła się klasa próżniacza, pamiętajmy jednak, jak bardzo szlachta była zróżnicowana pod względem finansowym, dlatego różne były też jej obowiązki. Magnateria w związku ze sprawowaną funkcją bardzo udzielała się w życiu publicznym, zajmowali się nadzorowaniem ogromnych majątków, byli mecenasami artystów, pisarzy, kupowali dzieła sztuki, fundowali obiekty religijne.Wymagało to prowadzenia rachunków, korespondencji, przyjmowania wielu petentów, częstych i długich podróży. Szlachta średnia zajmowała się gospodarką, każdy folwark to było wielkie przedsiębiorstwo, czuwała, więc nad tym, by prace przebiegały sprawnie nie tylko na polach czy pastwiskach, ale również w spichlerzach, stajniach, oborach, sadach, pasiekach, często też stawach, browarach i gorzelniach. Do tych obowiązków należy również dodać udział w życiu publicznym sejmiki, sejmy, sądy, trybunały a jak było potrzeba również uprawianie żołnierki. Najciężej pracowała szlachta zagrodowa, uprawiająca swoje pola wiosną, latem i często też jesienią, od wschodu do zachodu słońca, z przerwami na posiłki. Nie znano urlopów, wolnych sobót, zwolnień chorobowych lub opieki nad dzieckiem, jedynie święta kościelne pozwalały na przerwanie pracy i regenerację sił fizycznych. Nie znaczy to jednak, że wcale się nie bawili, po św. Marcinie aktywność pracy zmniejszała się, a rozkwitało życie towarzyskie połączone jednak z wykonywaniem prac domowych, takich jak kiszenie kapusty czy darcie pierza. Odbywało się to w wesołej atmosferze z żartami i śpiewem. Odpowiednim czasem zabaw hucznych zaś był karnawał, zapusty a także odpusty z jarmarkami, ale to już temat na inną opowieść.

Ile, więc prawdy w tytule…? Chyba niewiele, … wniosek jest jeden należy walczyć ze schematami myślenia, zamiast je powielać.

 

 adiunkt Agnieszka Magalska-Banach

W ZBIORACH MUZEALNEJ BIBLIOTEKI…

W liczących ponad osiem tysięcy woluminów zbiorach naszej biblioteki, znajduje się wiele książek, które zasługują na uwagę ze względu na swoją wartość naukową, historyczną czy okoliczności w jakich powstały. Niewątpliwie jedną z nich jest szesnastotomowy reprint z 1986 roku „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich.’’

Pomysłodawcą i głównym redaktorem „Słownika ‘’ był Filip Sulimierski – magister nauk matematyczno-przyrodniczych Szkoły Głównej w Warszawie. Redaktor, później także i wydawca „Wędrowca’’ tygodnika artystyczno-literackiego i krajoznawczego, ukazującego  się w latach 1863-1906. Pismo to odegrało ważną rolę w powstaniu „Słownika.”Wspólnie z Sulimierskim współredagowali „Słownik”  Bronisław Chlebowski – magister nauk filologiczno-historycznych i Władysław Walewski – ziemianin, wychowanek Uniwersytetu w Dorpacie,  gdzie studiował nauki społeczne, uczestnik powstania styczniowego. Cel jaki przyświecał twórcom „Słownika” to była konieczność utrwalenia wartości nieprzemijających jakimi są: własna historia i  otoczenie, w którym człowiek żyje. Nadmienić należy, że okoliczności w jakich przyszło pracować twórcom „Słownika” nie były łatwe. Polska była wówczas pod zaborami, wymazana z mapy Europy i świata. Był to okres po jednym z ostatnich zrywów narodowo-wyzwoleńczych, powstaniu styczniowym. Nasilone były represje wobec Polaków.  Od początku wydawcy musieli się liczyć z surową cenzurą carską, która najpierw zaakceptowała pomysł wydania „Słownika”, a następnie czuwała nad wiadomościami w nim zamieszczanymi.  W styczniu 1878 roku przystąpiono do pracy nad „Słownikiem”. Na łamach wspomnianego czasopisma „Wędrowiec” Filip Sulimierski ogłosił pomysł publikacji  dwu tomowej pracy o  charakterze geograficzno-statystycznym. Jednocześnie zwrócił się do społeczeństwa polskiego z apelem o pomoc w zbieraniu i opracowywaniu haseł do „Słownika”. Odzew społeczeństwa był bardzo duży. Do współpracy ze wszystkich trzech zaborów zgłaszali się: profesorowie różnych uczelni, nauczyciele, dziennikarze, księża, miłośnicy historii i geografii , młodzież ucząca się,  studiująca , a także właściciele majątków ziemskich. Informacje z niektórych okolic Królestwa Polskiego pozyskiwano też drogą urzędową. Do współpracy zgłosili się także  uczeni  innych narodów: Słowacy , Niemcy, Rosjanie i Francuzi. W czternastym tomie „Słownika” podano 150 nazwisk stałych współpracowników.    Jednym z takich współpracowników z naszego ternu był  czternastoletni wówczas Stanisław  Chełchowski z niedalekiego Chojnowa w powiecie przasnyskim- syn właściciela dóbr Chojnowo. Później wielki działacz społeczny , oświatowy, polityczny, gospodarczy, znany przyrodnik, znawca grzybów. Jako pierwszy opracował „Atlas grzybów w Polsce.”  Oddzielną grupę stanowili  tak zwani pomocnicy redakcji „Słownika” .  Wśród nich by nasz „Poseł Prawdy” –Aleksander Świętochowski. Pisarz, polityk, społecznik,  prekursor warszawskiego pozytywizmu. Związany z Gołotczyzną, w której spędził ostatnie lata swojego życia. Tu też założył w 1909 roku szkołę rolniczą dla chłopców „Bratne”. Uczniom, którzy ukończyli tę szkołę miało przyświecać hasło „Dla ziemi syn dla ludu brat”.

Redagowanie i wydawanie „Słownika” było dużym wyzwaniem. Zważywszy fakt, że nie istniało państwo, które mogłoby roztoczyć opiekę nad tak ogromnym przedsięwzięciem. Bo z zamiaru wydania dzieła dwu tomowego wyszło dzieło szesnastotomowe, które powstało na przestrzeni  dwudziestu dwóch lat  ( 1880-1902). Jest to jedna z niewielu prac o charakterze encyklopedycznym, zapoczątkowana w drugiej połowie  XIX wieku i doprowadzona do końca.                                                                                            „Słownik” zawiera opisy prawie wszystkich miejscowości z terenów, które obejmowała Pierwsza Rzeczpospolita tj. „Rzeczpospolita Obojga Narodów”, w swoich największych granicach. Ponadto zawiera też opisy z terenów ościennych między innymi: części Śląska, Prus Książęcych czy krajów nadbałtyckich. Hasła obejmują  regiony, miasta, wsie i osady a także rzeki, jeziora i góry. Zawierają również położenie geograficzne, administracyjne, dane statystyczno-demograficzne. Wiele informacji o szkołach, przemyśle,transporcie,rolnictwie. Dane odnoszące się do liczby ludności  zawarte w opisach miejscowości pochodzą  zazwyczaj z drugiej połowy XIX wieku i zbierane były  na etapie powstawania „Słownika”. W niektórych opisach dane te pochodzą  także z pierwszej połowy XIX wieku i jest to zazwyczaj rok 1827.

Dla przykładu opis takiej miejscowości „ Chotum, wieś włośc.[włościańska] i drobnej szlachty, pow. Ciechanowski, gm. Nużewo, parafia Sulerzysz , nad strumieniem bez nazwy położone, ma 507 mk.[mieszkańców] (229 m.[mężczyzn], 278 kob.[ kobiet]), 57 dm.[domów mieszkalnych], kościół katolicki, dom modlitwy ewangelików, szkółka elementarna, kuźnia, 2 wiatraki i dom zajezdny. Rok 1827  miał Chotum  19 dm.[domów], 166 mk.[mieszkańców]…”

Pragnieniem twórców  „Słownika”  było dać do ręki czytelnika dzieło  mające wartość naukową i informacyjną, z którego mógłby skorzystać zarówno naukowiec, badacz regionalny, dziennikarz  czy każdy kto chce się dowiedzieć o danej miejscowości czy okolicy. I to im się udało.

Dzieło aktualne do dziś. Stanowi  cenne źródło wiadomości geograficznych, historycznych, gospodarczych czy demograficznych,  z którego korzystają badający XIX wiek. Po roku 1989 wiele wydawnictw kartograficznych w oparciu o „Słownik” ustaliło nazwy kresowe wielu miejscowości. W „Słowniku” znajdziemy opisy miejscowości, które zniknęły z krajobrazu a istniały w XIX czy w pierwszej połowie XX wieku. Były to zazwyczaj małe  miejscowości liczące po kilka domostw i niewielu mieszkańców.

Zapraszam do lektury „Słownika” wszystkich chętnych w celu zgłębienia wiedzy   o miejscu swojego zamieszkania oraz miejsc w których żyli nasi przodkowie.

 

Opracowała: Ewa Walczak

 

 

OLEODRUKI

Dział etnograficzny Muzeum Szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie przygotowuje wystawę pod tytułem „Obrazy z domów naszych przodków” w związku z tym pozyskał do swoich zbiorów wiele obiektów w postaci  obrazów i obrazków o tematyce religijnej, ale nie tylko, są  też scenki rodzajowe, pejzaże i motywy alegoryczne. Jednak zdecydowaną większość stanowią eksponaty należące  do grupy dewocjonaliów. Te obrazy to głównie oleodruki, które powstawały już w połowie XIX wieku i wykonywane były co najmniej do połowy wieku XX. Później  tradycyjną technikę oleodruku zastąpił  druk kolorowy i fotografia.

Oleodruki, to obrazy uzyskiwane na papierze czy płótnie, będące kopią malowideł olejnych. Wykorzystywano do ich wykonania techniki oleografii lub chromolitografii. Technika oleografii polegała na malowaniu obrazów na płycie lub kamieniu tłustym tuszem lub kredką, miejsca wolne od tuszu czy kredki spłukiwane były wodą. Na tak przygotowaną formę nakładana była farba drukarska, która pokrywała jedynie miejsca natłuszczone, nie  pokrywała miejsc namoczonych wodą. Całość odbijana była na papierze lub płótnie. Tak powstawał obraz, który dla lepszego efektu pokrywany był dodatkowo werniksem dającym lśniącą powierzchnię, przypominającą powierzchnię obrazu malowanego farbami olejnymi. Technika wykonania  oleodruku pozwalała na masową produkcję, a przez to na stosowanie niskich cen. Dzięki temu obrazy – oleodruki stały się sztuką dla każdego. Oprawiano je w bardzo dekoracyjne ramy.  Istniały szkoły oleodruków, a przy nich powstawały zakłady produkcyjne. W Niemczech i we Francji znajdowały się te najbardziej znane, w Polsce oleodruki powstawały we Wrocławiu.  Można je było kupić na odpustach, podczas pielgrzymek do miejsc kultu, zwłaszcza na Jasną Górę, od obwoźnych sprzedawców, na jarmarkach czy w księgarniach. Oleodruki były bardzo rozpowszechnione, trafiały głównie do wiejskich domów, zwłaszcza te o tematyce religijnej, ale i do domów mieszczańskich, tu trafiały też reprodukcje uznanych malarzy. Tym, których nie stać było na obraz malowany zastępowały tzw. „sztukę wyższą”. Można powiedzieć, że w taki sposób na przykład obrazy Tycjana czy Leonardo da Vinci trafiały pod strzechy.   Oleodruki o motywach religijnych z reguły były święcone, dlatego w domach zajmowały  szczególne miejsca. Trafiały  na główne ściany, do kącików poświęconych modlitwie, przed świętymi obrazami  modliły się całe rodziny. Obrazy były przystrajane czy to świeżymi gałązkami i kwiatami, czy ozdobami z bibuły kolorowej, później kwiatami plastykowymi. Wizerunki świętych miały za zadanie chronić domostwa przed różnymi nieszczęściami, jak na przykład św. Agata wystawiana w oknie podczas burzy  razem z zapaloną gromnicą  miała chronić dom i całe gospodarstwo przed piorunami.  Święta Barbara, patronka ciężkiej pracy, broni też przed wszelką zarazą, tak jak św. Sebastian, Roch i św. Rozalia. Obrazami z wizerunkiem Świętej Rodziny albo Matki Boskiej Karmiącej bardzo często byli obdarowywani nowożeńcy, oczywiście obrazy musiały być poświęcone. Na chrzcie dzieciątko było obdarowywane obrazkiem przedstawiającym Anioła Stróża. Obrazy  – oleodruki,  trudno jest poddawać ocenie artystycznej, stanowią wartość artystyczną samą w sobie, są wyznacznikiem zjawiska kulturowego i religijnego, a przez to mogą też przedstawiać oprócz wartości artystycznej wartość historyczną, przecież  niektóre z nich powstawały jeszcze  w czasach zaborów. Z pewnością, gdyby te obrazy, które wisiały przecież w różnych domach mogły przemówić, usłyszelibyśmy nie jedną ciekawą historię.  Wiele z tych obrazów zdobiących kiedyś wnętrza domów naszych dziadków (przodków) wraz ze zmieniającą się modą zostało zniszczonych, niektóre trafiły na strych czy do piwnicy. Młodsze pokolenia zmieniając wystrój swoich domów,  zastępowało obiekty sztuki sakralnej  czyli  święte obrazy, obrazami o tematyce popularnej w danym czasie, zwłaszcza gdy nie było już wśród żywych seniorów danej rodziny.  Ale niektórym oleodrukom udało się przetrwać i teraz są odkrywane na nowo, zyskując status jedynych pamiątek po przodkach. Może nie przedstawiają żadnej wartości artystycznej, ale zyskują  wartość sentymentalną.

Stan zachowania, niektórych z nich jest całkiem dobry, ale są i takie, których stan zachowania  jest bardzo slaby.  Na szczęście zawsze istniało i  istnieje wśród współcześnie żyjących przeświadczenie, że świętych obrazów nie można zniszczyć czy wyrzucić, dzięki temu wiele z nich przetrwało,  niektóre trafiły do naszego Muzeum. Obrazy, które trafiły do działu etnograficznego zostały nam podarowane przez osoby prywatne i po oczyszczeniu będą mogły znaleźć się na przygotowywanej wystawie.

 

 

    Dziękuję wszystkim ofiarodawcom.

opracowała:  Anna Żukowska